you gotta change your mindset

22:36:00

Tym razem, chyba po raz pierwszy, pokazuję wyniki z endomondo! :D wydaje się, że mój zegarek nie przepada za wysokimi temperaturami i nawet po zgraniu treningu pokazuje dziwne rzeczy ;/ chociaż dziwniejsze jest to, że jak zgrałam trening z zegarka do endomondo to tu wszystko dobrze pokazuje.. nie rozumiem, nawet nie próbuje :D

Założeniem było przebiec w poniedziałek wieczorem 16 km (oficjalnie tyle miało być, moje plany były jednak trochę inne).. ale to jeszcze nie mój bezproblemowy dystans treningowy, zwłaszcza, że jak sobie pomyślałam, co ja jeszcze po bieganiu muszę zrobić, a raczej czego się nauczyć, to z pełną świadomością swoich czynów postanowiłam wrócić tramwajem do domu :) te 4 km może bym nawet przebiegła, oczywiście wolniej, tempo oscylowałoby pewnie w okolicach 7, ale muszę pogodzić naukę i bieganie. A raczej poświęcić bieganie nauce i wcale mi z tym źle nie jest, a nawet ośmieliłabym się stwierdzić, że dobrze mi z tym :D przed bieganiem uciekam w naukę, przed nauką w bieganie :)

Po jakimś 4 czy 5 km miałam przymusowy postój, powód ten co zwykle - już się powoli przyzwyczajam, że dla mnie trening bez odpoczynku nie istnieje, przynajmniej póki co.
I ot tak, znikąd pojawiła się rozpacz. Naprawdę byłam już na granicy płaczu bądź też krzyku. Nie z bólu (moja tolerancja bólu się znacznie zwiększyła!), nie z przerażenia że zaraz padnę, tylko po prostu z bezsilności.. dobrze, że biegłam akurat późno wieczorem, to nawet nikt nie widziałbym, że płaczę. Ale ogarnęłam się a po dłuższej chwili, kiedy to wmawiałam sobie, że zaraz już będę mogła biec, że będzie dobrze, zaczęłam w to naprawdę wierzyć. Uwierzyłam w to, że kiedyś będę biec tak samo, jak mijający mnie biegacze. A lecieli naprawdę szybko ;) noo, także wszystko się unormowało i mogłam biec dalej.

Mimo 24 stopni biegło mi się już później całkiem dobrze. Wolno, ale dobrze. Nie kontrolowałam swojego tempa ani dystansu, jak to mam w zwyczaju, po prostu biegłam przed siebie. Szczęśliwa, że już jest dobrze, że jestem zmęczona, że jak jeszcze trochę pobiegnę to z mojej koszulki zacznie kapać i będę musiała ją ściągnąć i wykręcić.. :) przez myśl mi przeszło, żeby ściągnąć koszulkę, ale jak zwykle stwierdziłam że mój brzuch nie nadaje się do pokazywania, zwłaszcza że jest dość blady więc na dodatek rzucałby się w oczy, a tego nie chcę, nie lubię, wstydzę się :D




Na szesnachę muszę jeszcze poczekać, nie jestem na nią gotowa. Trudno. Ale nie dam jej spokoju, będę ją atakować aż w końcu podda się, ulegnie. I będzie dla mnie bezproblemowym dystansem do pokonania.

 Chyba wróciłam do dawnego podejścia do biegania :)

You Might Also Like

5 komentarze

  1. dopóki nie zdecydujesz się ściągnąć koszulki brzuch zawsze będzie blady ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Powodzenia w atakowaniu upragnionego dystansu. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Powoli i dojdziesz do celu! Grunt to się nie poddawać :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Powodzenia, powoli, małymi kroczkami, a uda się :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Na wszystko przyjdzie czas i pora, trzymam mocno kciuki i się nie denerwuj! :)

    OdpowiedzUsuń