If you don't give the heart, nothing will come of it..

18:13:00

Ostatnio pisałam, że będę miała przedpółmaratoński sprawdzian, ale nie miałam, tak dziwnie wyszło. Załóżmy, że dobrowolnie go przełożyłam "na lepsze czasy" :D

To co działo się wczoraj na treningu było marne. Kiepskie, jak nie wiem co. Aż mi się nie chce tego kopiować i tu wklejać. Wierzcie mi na słowo, że nie warto. Skończyło się na przerywanych 6 km, niestety :D w ramach rekompensaty dzielę się zdjęciem - skoro nie mogę biegać to, żeby nie marnować czasu przeznaczonego na trening, robię sobie zdjęcia. No a poza tym podziwiam biegaczy i podpatruję technikę biegu, chociaż niektórzy to dziwnie biegają.. ;)



Dzisiaj na szczęście poszło mi lepiej ;) co prawda mam nauczkę i już wiem, że jak brzuch mnie boli, to nie mogę biec dalej tym samym lub szybszym tempem. Muszę zwolnić i to bardzo, a nawet zatrzymać się. I przeczekać cierpliwie aż całkiem przestanie boleć. W przeciwnym razie będzie tylko gorzej - noo, wiedziałam to już wcześniej, ale dzisiaj mi się przypomniało.. 
Mimo wszystko trochę się podbudowałam tym treningiem, bo później biegło mi się już całkiem dobrze - moja ulubiona bulwarowa trasa nie zawiodła :D chociaż nieśmiało zaczynam myśleć o bieganiu w Lesie.. ale jeszcze trochę muszę potrenować. Najpierw płaski teren, później górki.


Aha, póki co zdecydowałam się na wydłużenie sobie półmaratońskiego dystansu - ok. 2,5km przebiegnę sobie przed startem, bym jeszcze zdążyła odpocząć, a w szczególności by to brzuch mi się uspokoił i przestał boleć :D




Wiem, że z moim bieganiem za dobrze nie jest, a raczej nie jest tak, jakbym tego chciała - wiem, same chęci nie wystarczą.. Nadal czasami mam ochotę rzucić to wszystko, poddać się. Na treningu, gdy jestem jakieś 5km od domu mam ochotę usiąść na ławce i się teleportować albo chociaż wykopać jakiś tunel będący najkrótszą drogą do mieszkania. Jakże często w mojej głowie pojawiają się myśli "po co wychodziłam jak i tak staczam się z tym bieganiem. Regres pełną parą, a co tam! Pobiegam jeszcze więcej a będę chodzić szybciej niż biegam". Ale i tak biegam. I tak wychodzę na trening, zwłaszcza wtedy, gdy nogi wołają o pomstę do nieba. A niech sobie bolą, co mnie to obchodzi. I żeby nie było - nadal narzekam, że mi się nie chce biegać.

Bo w osiąganiu jakichkolwiek celów nie chodzi o to, by nie było porażek czy też złych chwil. Właśnie dobrze, jak jest ich dużo. Gdyby pokonywanie własnych słabości było banalnie proste, to nikt by tych słabości nie miał. Wszyscy by byli równi sobie - ci, których życie to wegetacja oraz ci, którzy biorą z życia jak najwięcej - przynajmniej próbują. A ja nie chcę robić tego co wszyscy, więc na przekór sobie dzielnie walczę z kilometrami. Miliard razy psychicznie upadłam. Ale wiecie na czym skupiam swoją uwagę, gdy już naprawdę nic nie pomaga? Uświadamiam sobie, że jak się poddam, to nigdy nie osiągnę tego o czym marzę (patrz niżej). A jak będę walczyć to.. też jest prawdopodobieństwo, że mi się nie uda. Jest też jednak szansa - szansa, że osiągnę swój cel. Bez względu na to, jaką znikomą część całości by ona nie stanowiła. Warto walczyć, jeśli się czegoś naprawdę pragnie. Natomiast, mrzonki niczym mrożonki wkładam do zamrażarki i niech sobie leżą gdzieś tam zapomniane, mi szkoda czasu na takie próbowanie. Albo się poświęcam, albo nie i nara! ;D

Nie mówię, że nie irytuje mnie brak postępów, bądź też baaaardzo powolny przyrost sił. Denerwuje i to bardzo. Bo chciałabym już, natychmiast dorównać tym, którzy swoje biegowe zmagania zaczęli kilka dobrych lat przede mną. Ale to jest taka dobra złość, ta z tych motywujących, bo w końcu, jak im się udało, to mi też się uda, a przynajmniej jest duże prawdopodobieństwo sukcesu :)

Innym idzie lepiej. Fajnie. Gratuluję. I zazdroszczę, bo w końcu też chciałabym być na tym samym lub podobnym etapie. Ale jeszcze nie jestem, o czym czasem zapominam i się denerwuję, że sobie biegam wolniej, robię krótsze dystanse. I tak, mi też, jak każdemu biegaczowi (lub chociaż większości) marzy się dystans półmaratoński, maratoński czy też tam ultra (ahhahahahahah, taaaak, też mnie rozbawiła myśl o ultra biorąc pod uwagę, że póki co sobie skromne dychy robię..). A najbardziej czego bym chciała? Biegania po górach jesienią lub wiosną. To jest coś, o czym marzy mi się strasznie! Bieganie w górach musi być fajne dlatego, że jest to bieganie w górach, po prostu. Uwielbiam oglądać zdjęcia z takich zawodów. Są najpiękniejsze. Biegacze też wydają się być tam jacyś inni, tacy.. wyluzowani? ;) 
I nie mówię, że przebiegnę któryś z tych biegów za rok, dwa czy trzy lata. Przebiegnę jak będę gotowa. A póki co sobie pokibicuję. W końcu ktoś w te treningi włożył dużo czasu, poświęcenia i za to należą się wielkie brawa. Poza tym bycie kibicem to fajna sprawa! :)

You Might Also Like

4 komentarze

  1. Raz jest lepiej, a raz gorzej i nic w tym dziwnego. Trzeba to po prostu zaakceptować robiąc swoje ;)

    Planujesz jakiś start w najbliższym czasie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Raz lepiej, a raz gorzej. No trudno, czasami tak to w życiu bywa :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie można się porównywać do innych. Każdy idzie/biega/jeździ swoim tempem i po swojemu osiąga kolejne cele. Cały czas trzymam kciuki, pamiętaj, każdy kolejny trening coraz bardziej zbliża Cię do celu :)

    OdpowiedzUsuń