Your smile is the best prize

11:55:00

Moje pięciodniowe wyzwanie dobiegło końca :) za kciuki bardzo dziękuję! Ci, którzy dopytywali się jak mi idzie i czy aby na pewno dam radę, niech mi wybaczą przemilczanie odpowiedzi. Jak nikt nie wie, to nikt, bez wyjątków. Nawet swoje treningi na portalu musiałam poukrywać, no cóż.. ;) czy mnie kusiło, by się pochwalić? W sumie to średnio.. gdybym przebiegła jakąś dwudziechę, to pewnie siedziałabym cały wieczór i dzień następny z telefonem i walczyła z chęcią zadzwonienia do kogokolwiek z zamiarem wykrzyczenia mu: "tak udało mi się, jestem świetnym biegaczem, latam, wracam do formy, będzie coraz lepiej"; a także po to, żeby usłyszeć, że jest ze mnie dumny, że gratuluje i cieszy się razem ze mną. A że tylu km nie przebiegłam, to nie było czym się nawet pochwalić.

Jak się pewnie domyślacie moje wyzwanie odnosiło się do biegania. Tak. Czasem zbyt wiele mówię. I nie wiem, czy rozmówca wziął na poważnie moje zapewnienia, że w ciągu 5 dni zrobię 50 km, ale ja potraktowałam ostatecznie tę luźną rozmowę jako podjęcie wyzwania. Co z tego wyzwania wyszło? Usiądźcie wygodnie i czytajcie :)

50km w 5 dni, czyli po 10 km, tragedii przecież nie ma, znaczy: być nie powinno. Ale patrząc na moje ostatnie aktywności, przebiegnięcie dychy stawało pod wielkim znakiem zapytania. Jeszcze kilka dni przed podjęciem wyzwania uwzięłam się na swoje nogi i tak się skatowałam, że na pierwszym biegu z typu Challenge strasznie je odczuwałam. I miało być tylko gorzej..


29.08.2015
Już pierwszego dnia (sobota) odpuściłam, najmniejszej ochoty na bieganie nie miałam. Zamiast tego poszłam sobie na spacer - po co mam odpoczywać przed kolejnymi dniami, skoro mogę sobie pochodzić? Początkowo miałam pójść w biegowych rzeczach. Ale nie, STOP! Po co, jak mogę po prostu pospacerować? Jestem takim genialnym biegaczem, że ja przecież mogę 50 km w jeden dzień przebiec - dobrze, że mi to do głowy wówczas nie przyszło! :D
I tak właśnie pięknie z 5 dni zrobiły się 4.. czyli codziennie po 12,5km - tu już zaczęły pojawiać się schody - z dychą myślałam, że będzie ciężko, a tu jeszcze 2,5km trzeba dodać.. a pogoda, swoją drogą, nie rozpieszczała. Achh te cudowne upały! :)





Zaczęły mi się w głowie pojawiać myśli, że może jednak przedłużyć to wyzwanie? Tak o jeden dzień, bo przecież miało być 5 dni biegowych. Yyyy, wróć! Ale kto mówił, że te wszystkie dni będą biegowe? No właśnie, NIKT! Miało być 5 dni i 50 km. A wyzwanie się już zaczęło. KONIEC. O wszelkich zmianach mogłam więc pomarzyć i albo mi się uda, albo nie. Trudno.

30.08.2015
Mój pierwszy bieg.. aż sama nie wiem co o nim napisać. Jak zwykle poszłam biegać bez wody - nie wyobrażam sobie, że miałabym przez cały bieg trzymać w ręku butelkę z napojem! No bo jak? To strasznie niewygodne musi być.
I już na 6km zaczęłam odczuwać duuuuże pragnienie. Dodatkowo to było w momencie, kiedy musiałam wracać tym samym fragmentem trasy. Strasznie tego nie lubię :( później jeszcze na ok. 7,5 km spojrzałam na zegarek, myślałam, że bliżej jestem 8 km, a w ogóle w nieśmiałych oczekiwaniach miałam nadzieję, że już go minęłam i wielkimi krokami zbliżam się do 9 km. Zdenerwowałam się. Zatrzymałam. Pomyślałam o tym, jak fajnie byłoby wyrzucić ten zegarek do wody, pozbyć się go, mieć spokój i biec, ile mam ochotę w tempie, na jakim mam ochotę. (Pomijam, że z zegarkiem też biegnę tyle, ile chcę i tak, jak chcę. Ale byłam zdenerwowana i zmęczona, więc myślałam nieracjonalnie :D) A czemu zegarek ostatecznie nie znalazł się w Wiśle? Bo przypomniało mi się od kogo go dostałam. Dostałam go od Taty, który w ubiegłe wakacje widząc moją baaardzo szybko rozwijającą się pasję biegową chciał mi jakoś pokazać, że razem z Mamą mnie wspierają i przede wszystkim wierzą we mnie (mimo że jak bywałam wtedy na weekend w domu i szłam biegać to patrzyli się na mnie jak na Ufoludka :D teraz Ich podejście się zmieniło. Mama w trakcie rozmów, niezwykle często pyta, kiedy wracam do domu, bo mój Pies chciałby ze mną pobiegać <3 <3 <3) Wobec tego zegarek nie mógł znaleźć się w innym miejscu niż na mojej ręce lub na półce w domu, po prostu nie mógł. I pobiegłam. Zrobiłam sobie dychę. Chciałam jeszcze te 2,5 km dorobić, ale uda nie pozwalały, a przecież najbliższe dni również mają być treningowe, więc wolę nie przesadzać. Spróbowałam zrobić jeszcze kilometr, ale ciężko było. Do domu wróciłam na pieszo, żeby biec musiałabym się chociaż czegoś napić - nie, nie proponujcie mi wody z Wisły, ja chcę żyć jeszcze :D





31.08.2015
Na kolejny bieg wybrałam się jeszcze później niż wczoraj, bo po 21, nawet chłodno już wtedy było. Zrobiłam kolejną dychę.. jeszcze 29 km na dwa dni. Wiedziałam już, że jak jednego dnia nie pójdę dwa razy pobiegać to okropne FAILED się pojawi przy moim wyzwaniu :( postanowiłam dać sobie szansę na 15 km we wtorek. Jak się nie uda, to czeka mnie poranne środowe bieganie - mhm, marzyłam o tym ;/ no ale teraz poniedziałek dopiero i o nim najpierw opowiem. Jak się biegło? Patrząc na tempo to w sumie szału nie ma, wiem to. Ale biegło mi się dobrze, bardzo dobrze :) mimo że nogi mi w ogóle nie odpoczęły. Każdego dnia jest coraz gorzej, ciekawe co będzie się działo jutro i pojutrze :D
Kolejny raz poszłam bez wody i bez pieniędzy na wodę, achh ta moja cudowna wiara w siebie, że w takie upały bez uzupełniania płynów dam radę biegać więcej niż 10km..



01.09.2015
Kolejny dzień wyzwania. Już czwarty, a trzeci z tych biegowych. I jak mi idzie? Noo niby się tam trochę biega.. ale za wolno, zdecydowanie muszę coś z tym zrobić. Do biegania wróciłam, więc trzeba podkręcić obroty. I nie ma, że się nie chce.
Taaak, jestem z tych, dla których 1 września kojarzy się nie tylko z początkiem roku szkolnego, ale i z początkiem jesieni, do której wiem że jeszcze dość daleko ;P
Moje tempo oscylowało w okolicach 6 min/km, słabo trochę, ale biorąc pod uwagę zmęczenie, które odczuwam w nogach, to mogę być dumna, że jeszcze nie rzuciłam tego wszystkiego i nie zrobiłam dnia wolnego. Upartym też trzeba czasem być :)
Mimo tego "zawrotnego" tempa, zaliczam ten bieg do udanych. A nawet do jednych z lepszych. Nie wiem, co to jest tzw. maratońska ściana, co najwyżej o tym czytałam, ale.. póki się samemu tego nie doświadczy, to się wiedzieć nie będzie, bo wyobrazić sobie jej nie sposób. Jednak dzisiaj podczas biegu.. doświadczyłam czegoś równie niesamowitego - dokonała się we mnie pewnego rodzaju przemiana. Zaczęłam biec nie nogami, a głową i sercem, tak jak tego chciałam. To, co jeszcze chwilę temu było okropnym bólem, stało się drogą do szczęścia. Poczułam się wolna, szczęśliwa, oderwana od wszystkiego co dobre i złe. Miałam ochotę krzyczeć ze szczęścia, skakać, robić salta których nie umiem :D nie wiem, czy zrozumiecie, co wówczas przeżywałam, ale wierzyć mi możecie, że tego stanu warto poszukiwać. Nie obchodzili mnie mijający mnie ludzie, wyprzedzający biegacze, na których zawsze patrzyłam z podziwem. Poczułam się dobrze sama ze sobą, z tym gdzie jestem i co robię. Spójrzcie na 12 km - to wtedy ogarnął mnie ten stan - chcąc nie chcąc - znacznie przyspieszyłam (skąd ta siła? :O )
Biorąc pod uwagę tempo, w jakim pokonywałam kolejne kilometry, jasnym wydaje się fakt, że miliard ludzi musiał mnie wyprzedzić. No i co z tego? Warto było wyjść na trening - przede wszystkim dla satysfakcji i tego błogostanu. Teraz na każdym kolejnym biegu będę starać się osiągnąć znów ten genialny stan.. "JA CHCĘ JESZCZE RAAAAAZ!"
A dzisiaj po treningu poprosiłam o radę odnośnie do moich nóg, które bolą, a przed którymi jeszcze jeden trening, a później dzień odpoczynku. Jego rada nie była radą, a przynajmniej nie z tych, których zastosowanie przynosi momentalnie ulgę. Jak ukoić ból natychmiast? Sama musiałam sobie coś wymyślić. Otworzyłam szafkę z moimi specyfikami, wyciągnęłam wszystko, co mam - a nazbierało się trochę tego. I odłożyłam, tak po prostu. Dlaczego z niczego nie skorzystałam? Nic się nie nadawało? Nadawało się i to większość znajdujących się tam leków. Jednak przypomniało mi się, co robiłam w ubiegłe wakacje, gdy to uda mnie bolały. Brałam wszystko jak leciało - rozsądek wyłączyłam i szukałam na oślep sposobu na coś, na co sposobu nie ma. Znaczy jest jeden: odpoczynek. Wrzesień 2014 roku skończyłam jako biegacz wykluczony z treningów do listopada - próbowałam biegać, ale okropnie było. Ten wrzesień ma być inny, będzie inny, zobaczycie! I ja też zobaczę :)
Wróćmy jednak do mojej rozmowy.. jak trochę ponarzekałam, że nogi bolą, to strasznie zdziwiony spytał się "co ja takiego robię, że tak kiepsko ze mną?". No i tak właśnie dowiedziałam się, że rozmówca nic na temat mojego wyzwania nie wie! Yyy ale jak to? Przyśniła mi się ta rozmowa? Chyba nie, wydaje mi się, że ją odbyliśmy. Ale pewna już nie jestem. Znaczy tutaj jeszcze miałam nadzieję, że z wyzwania zdaje sobie sprawę, ale nie domyśla się, że bieganie aż tak bardzo mnie mogło wymęczyć :D Niemniej jednak, nie odpuszczę, w końcu jutro ostatni dzień wyzwania :)


02.09.2015
Dzisiaj biegowej ani motywacyjnej tragedii nie było - w końcu to ostatni dzień, pogoda wymarzona :) może niektórzy mają rację twierdząc, że zakwasy trzeba rozbiegać. Czy mój ból ud to zakwasy? Nie wiem. Mam nadzieję i wszystko wskazuje na to, że tak jest.. :D jak zaczęłam biec to trochę nogi odczuwałam, podnoszenie ich stanowiło swego rodzaju wyzwanie, którego trudność zwiększała się z każdym pokonywanym przeze mnie kilometrem. Gdzieś ok. 8 km - tam gdzie chciałam drugiego dnia wyrzucać zegarek :D - zrobiłam sobie chwilę przerwy, żeby popatrzeć na spokojny nocny Kraków. Właśnie dla takich chwil uwielbiam biegać, gdy jest ciemno. Bulwary nocą to jedne z piękniejszych biegowych miejsc, do którego sentyment zawsze mi pozostanie, a na ustach, na samą myśl o bieganiu tam, będzie pojawiać się uśmiech - bez względu na to, gdzie dane będzie mi żyć za kilka lat. To Bulwary są właśnie tym moim szczególnym miejscem. Jest jeszcze jedno takie, ale nie w Krakowie. Przy okazji jakiegoś treningu o nim opowiem :)
Ostatni raz żałowałam chwilowego postoju na biegu podczas zawodów w listopadzie.. aż do dzisiaj. Dzisiaj też żałowałam, mimo że nigdzie mi się nie spieszyło, a na bieganie mogłam przeznaczyć całą noc. Żałowałam, bo po przerwie każdy krok to była eksplozja bólu. Owszem, w granicach akceptowalnych - ho ho ho, przecież taka dzielna jestem, to się nie przyznam, że mi miało zaraz pourywać nogi! - ale jak się ma jeszcze świadomość, że do końca zostało 7 czy tam też 6 km, to nie jest już tak pięknie. Skoro teraz boli, to będzie bolało cały czas. A jak się jeszcze gdzieś zatrzymam, to chyba będę skazana na bieganie na rękach, nogi już nie podejmą ze mną współpracy, przynajmniej dzisiaj. Ale po ok. kilometrze ból zelżał bądź też ja go zaakceptowałam na tyle, że stał się moim towarzyszem - znikał gdy chciałam się poddać i pojawiał sprowadzając mnie na ziemię wówczas, gdy zaczynałam myśleć, że podbiłam już cały biegowy świat.
Jak biegam ze znajomymi to jest inaczej - na każdym biegu czy treningowym czy zawodowym - wspierają mnie cały czas, szczególnie wówczas, gdy moje kroki stają się coraz krótsze, tempo spada, a całą energię, która przeznaczona być powinna na dolne partie ciała, dziwnym trafem przenosi się do oczu, żeby to chociaż łzy osiągnęły niezłe tempo biegu, skoro ja nie jestem w stanie :D ja osiągnąć mogę co najwyżej wyżyny natręctwa - dopytywanie się co 5 metrów, czy już koniec, ile do tego końca zostało, a może zrobimy przerwę - a znajomi ze swą ultramaratońską cierpliwością udzielają odpowiedzi na moje pytania, zaciskając jednocześnie pięści, by mi strzelić w głowę, jak już przesadzę :D i tak, przez te całe 4 dni "był tuż przy mnie", bo zawsze jest obok, więc i tym razem nie miał wyjścia. Był przy mnie po lewej stronie, jak zwykle. I nawet gdy fizycznie podczas moich biegów był heeeen daleko (!), to i tak, gdy już byłam bliska przyjęcia za słuszne stwierdzenia o swoim beztalenciu biegowym bądź też w innych chwilach słabości, patrzyłam się w tę lewą stronę, uśmiechałam się ii leciałam, gdyż przypominał mi się przyświecający mi cel, dzięki któremu mogę zrobić jeszcze jeden krok do przodu - a ten jeszcze jeden krok nigdy się nie kończy, tak jak jutro nie przychodzi nigdy.

Nie wiem, czy to wskutek postawionego celu - 50 km i nie ma zmiłuj - czy po prostu już mi się znów tak spodobało bieganie, ale przestałam myśleć o każdych pokonywanych 100 metrach, a jeszcze kilka dni temu tak mi się zdarzało, na większości treningach. Teraz sobie biegnę i myślę JAK CUDOWNIE!

Nie zdenerwował mnie szczególnie również fakt, że na jakiś kilometr nie włączyłam zegarka. Dobrze, że musiałam się zatrzymać na pasach i to zauważyłam, bo nie wiem czy bym wtedy dała radę dwa razy tyle przebiec. Miałam ochotę śmiać się z własnej głupoty, ale wolałam uspokajać oddech i śmianie przełożyłam na czas, kiedy będę w domu. Tak, właśnie teraz się z tego śmieję, śmiejcie się ze mną, a co! :D

I jak się dziś okazało, nikt nic o moim wyzwaniu nie wiedział. Dobrze, że byłam tego nieświadoma, bo nie wiem, czy wówczas cel zostałby osiągnięty.. a czemu właśnie dziś zrozumiałam, że nic nie wie? Jak wróciłam z biegu (uff, dobrze, że już było po!), to pierwsze co usłyszałam to: "a czemu Ty tak chętnie wychodzisz na trening?" i inne podobne pytania, które lepiej przemilczeć :D no i co miałam mu odpowiedzieć, że w sumie to staram się zrealizować rzucone przez Niego wyzwanie, którego, jak się okazuje, tak naprawdę nie ma? Przecież to głupie.. więc nic nie powiedziałam. Przeczyta sobie sam.


I na tym koniec już wyzwania. Czy uznać je można za zakończone sukcesem? Ja za takie je uznaję, dumna jestem z siebie - 50km w 4 dni, to dobry dla mnie znak, teraz tylko nie mogę odpuścić za bardzo treningów i będzie dobrze :) co prawda mam kilka zastrzeżeń co do moich wyników, ale zostawię je dla siebie. Raz jeszcze przeanalizuję wszystko i będę stawać się lepsza.
A czy kryzysy były? Owszem. W ciągu dnia, kiedy temperatura znów przekraczała 30 stopni, myślałam sobie, że nie dam rady i nie ma sensu się nawet starać.. ale musiałam to zrobić, w końcu się tego podjęłam, a przynajmniej tak mi się wówczas wydawało :)





Boo ponoć siłą sprawczą jesteśmy my sami. Dzięki za te słowa, pomogły! :) ich efekty widać w tych czterech dniach treningowych.

A teraz co ze mną będzie? Czas, szykować się na półmaraton, ale o tym cicho sza, bo znów zacznę się stresować! :)

You Might Also Like

3 komentarze

  1. gratuluję. też bym może spróbowałam 50 km w 5 dni ale... nie wiem czy mi się chce ;)

    polecam pas z bidonem. nie jest tak wygodnie jak bez, ale wygodniej niż trzymać butelkę w ręce.

    OdpowiedzUsuń
  2. Serdeczne gratulacje! Taki wynik - tylko pozazdrościć!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Może prostu zwiąż w kucyk lub w koczek i tak nałóż? :) Ja tak robię :)

    OdpowiedzUsuń