But I'll fight as I always fight with what's inside of me! - 2 PZU Cracovia Półmaraton

23:12:00

Był sobie marzec. Wtedy chyba w rozmowach ze znajomymi zaczął przewijać się temat Cracovia Półmaratonu. Długo nie mogliśmy podjąć ostatecznej decyzji o starcie, wina leżała po mojej stronie. Nie wiedziałam czego chcę. Gdzieś tak dopiero w czerwcu stwierdziliśmy, że opłacamy start. I co? Miały być treningi podpółmaratońskie.. a było co? Bieganie poszło w odstawkę. Najpierw była obrona w czerwcu, później egzamin we wrześniu, na którym strasznie mi zależało. Także wolałam się uczyć niż wyjść na trening, nawet na te 30 minut, zwyczajnie szkoda mi było czasu. Wyszło tak, że do półmaratonu został dokładnie miesiąc, a ja z moimi przygotowaniami byłam nawet nie na początku. Wtedy też miały się zacząć intensywne treningi, ale nic z tego nie wyszło. Przede mną był jeszcze Bieg Trzech Kopców, który miał być moim sprawdzianem. Skoro przy 13 km spacerowałam, to przy 21 km powinnam się czołgać, nie powinnam startować.. 


Teraz opowiem mniej więcej, co się ze mną działo przez ostatni tydzień i dlaczego podjęłam taką a nie inną decyzję..




Mój przedpółmaratoński szalony tydzień

W niedzielę pogoda była genialna! Słońce pięknie świeciło, było dość ciepło - musieliśmy wykorzystać tę pogodę na bieganie. Zrobiliśmy jakieś 13 czy tam 14 km; w znacznej części trasa pokryła nam się z trasą Biegu Trzech Kopców. Z zastrzeżeniem, że do tych kilometrów należy doliczyć moje siedzenie na ławce, gdy Znajomi sobie zrobili dodatkowy podbieg Aleją Waszyngtona, przez co na liczniku miał cały kilometr więcej niż ja, echh to moje lenistwo! Do tego jeszcze moje zatrzymywanie się, bo po prostu mi się nie chciało biec, a innym razem nie miałam już sił. Ale i tak jakimś cudem udało nam się dolecieć do domu przed zmierzchem.
Po tym treningu zaczęłam się czuć kiepsko. Niby nic wielkiego, ale gardło pobolewało. Pff, to tylko gardło, nad czym się tu użalać! I w środę wyszliśmy na kolejny trening. Tym razem była dycha. Na dworze było zimno, kropił deszcz, gdy lecieliśmy bulwarami. Troszkę mniej pomarudziłam, ale jednak bez przystanków się nie obeszło - no przecież nie mam sił to jak biec? Dycha bez odpoczynku? Ahhhahahahah, dobry żart! Dycha z zatrzymywaniem to jest to!
Po tym biegu odleciałam. Przeziębiłam się! Świetnie, co? Ja się cieszyłam, naprawdę. Półmaratonu biec nie chciałam, a przeziębienie dało mi niezłą wymówkę, której znajomi na pewno nie dadzą rady zbić. I dobrze Im tak! Tyle się nagadali, że mam biec, a ja tu chora jestem, a w chorobie się nie biega przecież, czyli nie biegnę, JESTEM URATOWAANA! Tyyyle szczęścia, uśmiech sam cisnął mi się na usta :) sobotą już w ogóle się nie stresowałam, ani trochę! W końcu pozostaje mi odgrywanie po raz kolejny roli kibica.

A co Znajomi zrobili? Zamiast zmienić zdanie i mi wmawiać, że i w chorobie twardziele biegają, zaciągnęli mnie (miałam gorączkę i ledwo przebierałam tam nogami!) w czwartek po pakiet startowy, a później jeszcze do apteki i faszerowali zakupionymi lekami! W piątek co prawda czułam się już trochę lepiej, ale nie na tyle, by porywać się na sobotni start.. nie dość że ogólnie byłam bez sił, to jeszcze przeziębienie mnie osłabiło. Teoretycznie do końca nie wiedziałam czy biegnę czy nie, bo podjęcie ostatecznej decyzji o starcie zostawiliśmy na sobotę rano - jak będzie ze mną dobrze to pobiegnę, a jak nie to pokibicuję. Jednakże ja zadecydowałam już wtedy - nie biegnę.





24 października 2015 roku
Rano jednak wyszło tak, że rutynowo szykowaliśmy strój biegowy, buty, jedzenie. I czasu nie było na myślenie o tym, czy biegnę. Dopiero idąc na przystanek zaczęłam uświadamiać sobie, że nie powiedziałam, że postanowiłam być tylko kibicem, zamiast tego jak głupia dorzucałam Mu swoje kolejne rzeczy, które trzeba zabrać ze sobą.. zaczęłam tylko niczym mantrę powtarzać, że się stresuję. To ten dzień, ważny dzień - uświadomiłam sobie. Trzeba szybko zmienić nastawienie, trzeba zacząć wierzyć, że dobrnę do mety.

Przebraliśmy się (przed samym startem miałam raz jeszcze zasznurować buty), oddaliśmy rzeczy do depozytu (po dłuższych poszukiwaniach udało nam się go znaleźć) i trzeba było się porozgrzewać. Nie wiem, ile przebiegliśmy, ale wydawało mi się, że było tych kroków zdecydowanie za dużo, a i tempo przekroczyło normy dozwolone. Bliżej Areny zbuntowałam się i zatrzymałam. Chciałam raz jeszcze pójść do łazienki - jak jestem zestresowana, to chodzę tam co chwilę! Czekając w kolejce do męskiej toalety (o ponad połowę krótsza niż do damskiej!) pytałam jeszcze, czy aby na pewno mam biec, bo w sumie to się boję i noo.. nie dam rady przecież. Ale stwierdzono, że mam głupot nie gadać,  więc o marudzeniu już nie mogło być mowy.


Udaliśmy się w końcu na start. Ze swojego miejsca nawet startu nie widziałam, byłam gdzieś tam heeeen daleko. Na szczęście tym razem zegarek mnie nie zawiódł i bardzo szybko złapał gpsa, więc się stresować chociaż tym nie musiałam :) start opóźniono o jakieś 5 minut. Strasznie się bałam tego biegu. Niby Znajomi byli obok i w ogóle, ale jednak Oni za mnie tej trasy nie pokona (nawet jeśli powtarzał, że ewentualnie będzie mnie niósł na rękach) - zrobię to sama albo polegnę. Coś tam niby rozmawialiśmy przed startem, ale ja myślami byłam gdzieś indziej. Starałam się opanować, powstrzymać nabiegające do oczu łzy (za ok. 2 godziny będę kimś innym) szło mi całkiem dobrze, do czasu..



 Chcesz ze mną.. pobiec w tym?

..aż niespodziewanie trzeba było zacząć iść w kierunku startu. Starałam się nie myśleć o tym, co będzie za chwilę, zacisnęłam zęby, patrzyłam przed siebie i robiłam to, co inni. Próbowałam się opanować i skupić się wyłącznie na sobie. Później się trochę podbiegło, znów spacer. Aż nagle przed oczami zobaczyłam bramę startu. Automatycznie robiłam kolejne kroki, pustka w głowie i znów ten lęk przed dystansem. STOP! Musiałam się opanować, uwierzyć, że wygram, dobiegnę. Za chwilę sprowadził mnie na ziemię znaczący wzrok Znajomego, że należy włączyć zegarek. Głęboki wdech.  Jestem opanowana. Nie boję się! Przekraczamy linię startu. Już jestem wygranym :) Pamiętaj, dawaj do przodu - zaczyna się niezła zabawa, powtarzałam w myślach. Sekundy zaczynają uciekać, coraz mniej czasu z 3godzinnego limitu zostało. Co to będzie.. zdążę? Leeeecimy! ZASZALEJMY!




Gdy pierwszy raz..


Co prawda za sobą mam już uczestnictwo w kilku biegach masowych, jednakże to dopiero tym razem czułam się wyjątkowo. Biegnę sobie z kilkoma tysiącami innych Biegaczy, wyłączają niektóre drogi bądź też ich części z ruchu - specjalnie dla nas. I tym razem nie ja czekam aż samochód przejedzie, lecz to samochód czeka aż ja przebiegnę sobie :) są barierki na ulicach. Biegnę ulicą niczym samochód! Jakoś jeszcze przed pierwszym kilometrem biegnę i przede mną zapala się czerwone światło, więc krzyczę, że musimy się zatrzymać, boo na czerwonym nie wolno się ruszać! Ale nie zatrzymaliśmy się, uśmiechnęliśmy się do siebie, powstrzymując wybuch śmiechu z mojej głupoty i pobiegliśmy dalej :) zaczęło się fajnie. Humor dopisywał.

Gdzieś na 4 km musieliśmy się zatrzymać. Przed startem zapomniałam poprawić buty i rozwiązała mi się sznurówka! Pierwszy raz! Do tej pory ani razu mi się to nie przytrafiło w trakcie biegu. No ale cóż.. w tym pośpiechu źle zawiązałam buta, za mocno, ale już nie chciałam się specjalnie zatrzymywać, jak zacznie się chodzona część trasy to wtedy i buta poprawię, teraz jeszcze nie pora. Za chwilę wbiegamy na Bulwary, widzimy punkt odżywczy. Nie chciało mi się jeszcze pić, ale wolałam mieć jednak wodę przy sobie, bo nigdy nie wiadomo kiedy dopadnie mnie pragnienie :) na szczęście nie musiałam się zatrzymywać, bo Znajomy poleciał mi po butelkę i cały czas trzymał ją specjalnie dla mnie :) koło pierwszego punktu odżywczego było tak strasznie ciasno, że musiałam biec po trawie, tuż przy Wiśle, żeby jakoś wyminąć biegaczy czekających na kubek z napojem, pijących na środku trasy lub też tych rzucających kubkami, gdzie popadnie. Nie wiem czemu, ale oczami wyobraźni widziałam siebie wpadającą do rzeki. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło i jakimś cudem w końcu mogłam wpaść na asfaltową część Bulwarów!

Wody napiłam się dopiero 4 km dalej, na Błoniach przy kolejnym punkcie odżywczym. Tutaj też poprawiłam buta i się pobiegło dalej. Z brzuchem zaczynającym boleć. Zwolniliśmy trochę i jakoś samo przeszło. Później bolała mnie gdzieś kostka, ale jak niespodziewanie dała o sobie znać, tak samo przestała doskwierać. I zostały Błonia. Biegło się, biegło ii biegło! Strasznie Błoń nie lubię! Trasa tam mi się niemiłosiernie dłuży! Nigdy końca dojrzeć nie mogę, jest tylko proooosta droga! (Może w końcu zacznę sobotnie parkruny tam biegać to jakoś się do tej trasy przekonam). Psychicznie nie męczą mnie nawet tak strasznie Bulwary, które bardziej się dłużyć powinny..

W trakcie okrążania Błoń minął 10 km, a w głowie pojawiła się piękna myśl "Hej hoo dziewczynoo, dychy biegasz zwyczajowo, a tylko dycha Tobie została - jest dobrze!". Po chwili z tej piękności za wiele nie zostało, bo przecież ja ostatnio to nawet dychy sobie normalnie przebiec nie mogłam. Wobec tego musiałam myśl o tym, ile jeszcze do końca biegu zostało, jak najszybciej wyrzucić z głowy! Inaczej zaczęłoby się niemiłosierne odliczanie, przez co trasa nie miałaby dla mnie końca.. Na szczęście Znajomy albo wyczuł, co się w mojej głowie dzieje, albo po prostu stwierdził, że najwyższy czas coś pokomentować, zaczął dzielić się ze mną swoimi spostrzeżeniami. Niedługo po tym był punkt odżywczy. Znajomy miał z poprzedniego jeszcze butelkę wody, więc nie musieliśmy podbiegać do stolików, napiliśmy się i pobiegliśmy dalej. Lecimy sobie Piłsudskiego, przypomina mi się kwietniowy Bieg Nocny - to był początek trasy i starałam się przypomnieć sobie, jak się wtedy tu lekko biegło, że wtedy zmęczona jeszcze nie byłam, jednocześnie wmawiając sobie, że teraz też dopiero zaczynam bieg i że zaraz dopiero minę pierwszy kilometr. Aż tu nagle z lewej strony słyszę znajomy głos "dawaj, kopnij ją!" - w ostatniej chwili zobaczyłam stojącą przede mną butelkę wody. Uff, nie wywrócę się! Gdyby się nie odezwał nie wiem jak skończyłoby się z nią starcie :D

Później wbiegało się na Rynek. Tutaj już trochę kibiców było, wreszcie! :) z tego fragmentu pamiętam jedynie jak gdzieś na Grodzkiej Znajomy w pewnym momencie, gdy kibiców było już mniej, krzyknął do mnie: "Dobra, zwolnij już, bo kibice Cię ponieśli" :D

Później trasa biegła koło Wawelu, prosto na Bulwary! Tam biegam, tam mam swoje lepsze i gorsze chwile, tam często przebiegają krakowskie zawody. Moje znane i lubiane Bulwary. Tym razem również nie zawiodły.

Od 16 km zaczęłam być głodna, a punkt odżywczy zostawiliśmy za sobą :( a tak strasznie się jeść chciało! Myśleliśmy, że bananów czy czekolady już nie będzie. Znajomy pocieszał, że na mecie będzie makaron, w domu pizza (nie było ani jednego, ani drugiego. Cóż za Kłamca z Niego!) W brzuchu burczało niemiłosiernie, a przede mną jeszcze 5 km. Tutaj miała zacząć się męczarnia i walka z głodem - im szybciej będziesz na mecie tym prędzej zjesz, o ile nie zejdziesz śmiertelnie wcześniej.

W tych okolicach Znajomy upodobał sobie przybijanie ze mną piątek i tak już cały czas, aż do mety :D przyznaję, że nie miałam za wiele sił i ochoty na wykonywanie dodatkowych ruchów rękoma! Pewnie mój wyraz twarzy za każdym razem wyrażał irytację, ale tak naprawdę dostawałam dzięki piątkom przypływu dodatkowej energii. I chociaż przez chwilę było mi lżej.

Mimo głodu i lecącej na łeb na szyję biegowej motywacji, biegło mi się dobrze. Tak dobrze, że nawet nie pamiętam lekkiego podbiegu w okolicach 17 km, który co prawda nie taki straszny, ale na Biegu Sylwestrowym rozłożył mnie na łopatki.

I gdzieś tak na 18 km zaczęłam krótką rozmowę:
- Eee, a dlaczego tamci ludzie przed nami idą zamiast biec?
- Bo nie mają siły.
- Aha.. a dlaczego ja biegnę?
- Bo Ty masz siłę i dużo samozaparcia.

I pobiegliśmy dalej. Nie wiem, gdzie byłam (gdzieś za Galerią Kazimierz, ok. 19 km), pierwszy raz biegłam tymi ścieżkami. Wbiegaliśmy pod jakiś most, a mi znów zachciało się płakać. Znajomy wystraszony myślał, że wymiotuję, bo dziwne dźwięki zaczęły się z moich ust wydobywać, ale na szczęście szybko się ogarnęłam. Zacisnęłam zęby i kontynuowałam swój psychiczny kryzys. Już nie chciałam biec, powtarzałam tylko "pomóż mi".

Jak się okazało banany, woda, czekolada i izotonik czekały na nas również na 19 km. Znajomy podkradł stąd wodę tylko i czekoladę dla siebie. Ja bananem i czekoladą pogardziłam, mimo głodu i myśli, że jak tylko będzie jedzonko, to się na nie rzucę. Czemu tego nie zrobiłam? Nigdy na biegu nie jadłam i nie wiedziałam, czego mogłabym się spodziewać po sobie. Mogło nic się nie wydarzyć, ale też mogłam poczuć się gorzej. A w końcu ten głód taki zły nie był, więc skoro zostały tylko 2 km, to zacisnę zęby i polecę - takie rozwiązanie wydało mi się wówczas być najlepsze.

Na ok. 20 km był lekki podbieg. Nie pamiętam, co dokładniej działo się w mojej głowie, ale pewnie za wesoło tam nie było. Bądź co bądź byłam jednak zmęczona tą trasą. Po prawej stronie jakiś Trener (?) starał się motywować swoich biegaczy, żeby nie odpuszczali, że meta jest blisko, że podbieg się niebawem skończy. Znajomego strasznie to gadanie irytowało i trochę ponarzekał na nie :D mi natomiast takie krzyczenie pomaga. Wynika to pewnie z moich dotychczasowych sportowych doświadczeń - wszelkie treningi na youtube, przy których sobie ćwiczyłam, są wypełnione ciągłymi motywującymi stwierdzeniami, żeby się nie poddawać, że już za chwilę koniec i takie inne głupoty. Słuchając takich rzeczy wiem, że mogę więcej. Gdybym została sama ze swoją głową.. aż strach pomyśleć a co dopiero pisać!

Był sobie 20 km i ileś tam metrów, a ja zaczęłam płakać, bo dotarło do mnie, że ja to naprawdę przebiegnę, że się uda. A tak się bałam. Płakałam i biegłam. Mnie przytulił w biegu i powiedział, żebym się uspokoiła i płakać będę dopiero za metą, teraz mam biec i tyle. Nie wiedziałam, gdzie się skręca już na Arenę, przez co zaczęłam się denerwować, bo myślałam już, że nie dam rady, że poddam się na ostatnim kilometrze..

Zawsze jak startujemy w jednym biegu i planujemy go przebiec w tym samym tempie, wbiegając na metę łapiemy się za rękę i leeeecimy! Tym razem za rękę złapaliśmy się trochę wcześniej, jeszcze przed Areną - najprawdopodobniej ostatni raz, nie będzie już przekraczania mety trzymając się za rękę, cóż.. Jak jeszcze chwilę temu nie miałam sił, to gdy tylko złapałam Znajomego za rękę zaczęłam biec szybciej. I tak biegliśmy, aż w końcu trzeba było skręcić w prawo. Przed nami pojawiła się Arena. Za chwilę zrobiło się ciemno i jedyne co pamiętam to fioletowe światła i pojawiające się w głowie myśli kogo jeszcze zdołam wyprzedzić. Mój pierwszy półmaraton a już taką przepiękną metę dostałam, a meta ta była dla mnie jednym z powodów, dla których chciałam jednak wystartować w tym biegu. Od wolontariuszy porwaliśmy medale i zawiesiliśmy je sobie nawzajem na szyję. Chwilę się jeszcze przytuliliśmy. Trochę chamsko odepchnęłam Go, ale przytulił mnie tak mocno, że nie mogłam złapać oddechu :D
powróciłam do mojego narzekania, że chcę pić i jeść!



I wiecie z czego najbardziej dumna jestem? Nie napisałam jeszcze tego wprost, ale przez całą trasę nie przeszłam do marszu, ani na chwilę. Zatrzymałam się kilka razy by się napić, czy tego nieszczęsnego buta poprawić, ale nie poddałam się i nie spacerowałam! A jak zaczynałam biec to w głowie miałam "oby do dychy, później sobie będę przeplatać spacer z bieganiem". A ja to wszystko przebiegłam! Dzięki stałemu tempu narzucanemu przez Znajomego nie spaliłam się na początku :) najśmieszniejsze jest jednak to, że jeszcze tydzień temu nie byłam w stanie przebiec dychy bez zatrzymywania się, a półmaraton przeleciałam bez odpoczynku :D Aha, żeby było jeszcze lepiej to dorzucę Wam gratis jeszcze jedną informację o moim bieganiu. To było moje pierwsze 21 km, nie tylko zawodowe, lecz także pierwsze biegowe. Ponad rok temu, w lipcu, przebiegłam 20 km, później co najwyżej 15 km było (ostatnie w trakcie wyzwania), ale już nic ponad to. Także chyba kondycyjnie jest ze mną dość dobrze :)

Przez całą trasę znów nie spojrzałam na zegarek. I w sumie dobrze :D czasem dla pocieszenia wmawiałam sobie, że biegnę w tempie 5:00 albo i szybciej, że idzie mi dobrze i że w ogóle jest super. Gdybym zerknęła na zegarek i zobaczyła, że jest wolniej podłamałabym się - na treningach zawsze tak mam - im częściej patrzę na zegarek, tym gorzej mi się biegnie ;/



Teraz czas na najważniejszą część tego posta, bo na podziękowania :)

Pewnie nie zdajecie sobie sprawy, ale gdyby nie moi Znajomi, nie wystartowałabym w tym biegu. Od września myślałam nad sprzedażą pakietu startowego. Później zachorowałam i tym samym całkowicie psychicznie się poddałam.
Zatem bardzo dziękuję Znajomym za wiarę we mnie. Za wielokrotne powtarzanie mi, że jestem gotowa na półmaraton. Za to, że dzielnie namawiali mnie do biegu, gdy ja sobie całkowicie odpuściłam start. Za to, że olewali moje narzekania i skutecznie zbijali obiekcje, a serio miałam ich miliardy! A najbardziej za to, że biegli cały czas obok mnie, że mogłam na Nich liczyć przez całe 21 095km. Trzymając stałe tempo korygowali mój początkowy pęd do mety, dzięki czemu nie przyspieszałam na początku i nie umierałam na końcu. Za to, że miałam na zawołanie butelkę z wodą i chusteczki (no nie zdążyłam wyzdrowieć niestety), dzięki czemu mogłam pić kiedy tylko miałam na to ochotę. Za to, że jak mówiłam "pomóż mi" zaczynali mówić cokolwiek, nawet jeśli brzmiało to: "nie wiem co mam powiedzieć", serio to pomagało, bo rozweselało strasznie :D za to, że na ostatnim kilometrze mówili, że dam radę i że już meta za chwilę będzie. Za to, że przytulili, gdy się popłakałam tuż przed metą. Za to, że przytulili - a dokładniej prawie udusił - chwilę po przekroczeniu mety. Po prostu za to, że Znajomi byli obok na moim pierwszym półmaratonie.

DZIĘKUJĘ!



Już tylko zastanawiam się cały czas, gdzie te słynne zakwasyyyy? Normalnie chodzę, nic mnie nie boli, może ja tego jednak nie przebiegłam tylko się teleportowałam? W końcu bezpośrednio po biegu też mnie nic nie bolało.. ;( 



No i tak właśnie kolejny raz Life With Run mówiło, że niczego nie pobiegnie, a jednak pobiegło! Tak!, pierwszy półmaraton za mną, strasznie szczęśliwa jestem i dumna z siebie, jak nie wiem co.
Już wiem, jak to jest przebiec półmaraton, wreszcie! Nikt mi nie odbierze tego, co przeżywałam na trasie, jak walczyłam ze sobą, co czułam mając cały czas obok Znajomego i jak szczęśliwa byłam dostając medal półmaratoński.
A teraz już na sam koniec mogę powiedzieć Wam, że półmaraton to świetna sprawa! Przekonajcie się sami :P
Teraz szykuję się na bieg niepodległościowy, już nie powiem, że nie wiem, czy na pewno wystartuję. Teraz jestem pewna, że na starcie się pojawię i, o ile nóg nie połamię, to i na mecie będę.. ;)

You Might Also Like

2 komentarze

  1. ale relacja długa niczym sam półmaraton ;)

    wielkie gratulacje! mnie też udało się ani razu nie przejść do marszu. aż ciężko mi w to uwierzyć ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. To chyba najbardziej romantyczna relacja z półmaratonu, jaką kiedykolwiek czytałam - piękna historia :) No i przede wszystkim gratuluję przebiegnięcia półmaratonu! :):)

    OdpowiedzUsuń