"Hold on lovely memories.."

21:58:00


Nie wiem co mnie naszło, ale stwierdziłam, że opiszę Wam swoje początki biegania, czy też ogólnie związane ze sportem.


Dawno, dawno temu (na szczęście nadal w XXI wieku ;D ) napisałam maturę. Zaczęły się dłuuugie, chyba nawet najdłuższe w moim życiu wakacje. Wówczas zaczęły się także niejako moje biegowe początki. O bieganiu nie wiedziałam zupełnie nic. O odżywianiu, butach, czy specjalnym stroju, także nie miałam pojęcia. Halówki i bawełniany dres to doskonała opcja dla amatora przecież! No ok, miałam jakąś koszulkę quasi-techniczną adidasa w szafie i w niej biegałam, ale poza tym królowała bawełna - skoro dobrze w niej się ćwiczy na wf'ie, to czemu biegać miałoby się w niej źle? :)

Plany treningowe kojarzyły mi się jedynie ze sportowcami i osobami na diecie :D zatem biegałam sobie, kiedy mi się podoba i to tyle, ile byłam w stanie w danym dniu przebiec, bez wyrzutów sumienia, bez porównywania (w sumie nawet nie miałabym się z kim porównywać, bo nikt z moich znajomych nie biegał). Bieganie dla przyjemności - miało mi być lepiej ze sobą, tylko o to chodziło.. w takim trybie pobiegałam miesiąc. Bez zegarka, endomondo (chyba nawet wtedy takiej aplikacji nie było, a jak była to o niej nie słyszałam!). Biega się dla siebie, po co sprawdzać jakieś wyniki, jak dla wyników się nie biega. 

Wówczas nawet nie pomyślałam, by określać siebie jako Biegacz. Po prostu wychodziłam sobie tylko pobiegać, wracałam do domu i nie myślałam o tym, jaki trening zrobić jutro albo czy ten dzisiejszy był na dobrym poziomie. Tak samo, jak do tej pory jeździłam na rowerze, ot tak dla przyjemności.

Miesiąc biegania to długo, nieprawdaż? No właśnie, więc czas na przerwę! 18 miesięcy to doskonały czas, na pewno zdążę się zregenerować :D
 

I po 18 miesiącach zdarzyło się tak, że pewnej nocy po prostu wyszłam z domu w zupełnie niebiegowych butach, (o specjalistycznym stroju dla amatorów nadal nie miałam pojęcia) i zaczęłam biec.. zaczęło się 5 lat temu. Dawno, prawda? I tak sobie z doskoku biegałam, pewnie ok. 5km jak nie mniej, żeby następnie przerzucić się na nocne spacery -  16km to idealny spacerowy dystans!

2013 rok był rokiem dużych zmian. Zaczęłam zwracać uwagę na to co, kiedy i w jakich ilościach jem, a raczej czego nie jadłam a powinnam (moją głodówkową "dietę" przemilczę, by nikomu nie przyszło do głowy jej powielać) :D zdrowe odżywianie i codzienne ćwiczenia stały się nieodłącznym elementem mojego dnia. Polubiłam to potreningowe zmęczenie i radość, która pojawiała się nawet wówczas, gdy wszystko dookoła zaczynało się walić. Mimo sesji, natłoku obowiązków czy zmęczenia, potrafiłam znaleźć tę godzinę na ćwiczenia. Dzień bez treningu kończył się takimi wyrzutami sumienia, że nawet koło północy byłam w stanie chociaż te 40 min poćwiczyć. Także wolne robiłam sobie niezwykle rzadko.

Marzec 2014 roku to bardzo ważny dla mnie miesiąc. Ważny dlatego, że zaczęłam systematycznie biegać, codziennie. Owszem, zdarzały mi się dni przerwy, ale niezwykle rzadko. Tak naprawdę to od tego czasu mogę określać siebie mianem Biegacza. Dopiero wówczas kupiłam sobie pierwsze biegowe buty, spodenki i bluzkę biegową. Ile to ja się nawybierałam tego wszystkiego, możecie sobie tylko wyobrażać. Dużo czasu na to poświęciłam i skończyłam, jeśli chodzi o ciuchy, w decathlonie :)
w maju dopiero dowiedziałam się, że są biegowe imprezy, gdzie każdy dostaje numer startowy, medal i że to fajna sprawa. Wystarczy zapisać się, zapłacić i przebiec określony dystans i już jest pięknie :D 
Biegowo byłam trochę zagubiona. Co jest ważne w bieganiu? Do czego przyłożyć się bardziej, a co odpuścić? Początkowo zdana byłam tylko i wyłącznie na siebie, dopiero z czasem zaczęły się nawiązywać biegowe znajomości. Żywieniowe doświadczenia czy przezwyciężanie pierwszej kontuzji było niczym walka z wiatrakami. Im więcej czytałam, tym wiedziałam mniej. Tyle poglądów, a za każdym przemawiały w miarę rozsądne argumenty. Co wybrać w sytuacji, gdy człowiek jest na tyle zdesperowany, że wszystko co mu się poradzi uważa za doskonałe? Jakby mi powiedzieli, że wystarczy położyć liść sałaty na kostkę a przestanie boleć, najprawdopodobniej bym uwierzyła. Tak sobie myślę, że to szczęście, że nie dostałam żadnej rady skierowanej bezpośrednio do mnie :D Musiałam zdać się na intuicję i z bólem walczyć na własną rękę.


Pokochałam bieganie bardzo. Jak wszędzie, tak i tutaj, są wzloty i upadki, chęć poddania się. Wiedzcie, że w moim przypadku wszelkie lamenty o rzucaniu wszystkiego to tylko takie gadanie. Bieganie to część mnie. Uwielbiam treningi, nawet takie, gdy po 100 metrach nie mam już sił. Bieganie to taka miła odskocznia. Oderwanie się od rzeczywistości, udowodnienie sobie, że zawsze można zrobić coś więcej niż jest się w stanie początkowo wyobrazić, wystarczy się przyłożyć i poświęcić. A prędzej czy później się uda. I nie ma, że nie. Jak się nie uda, to znaczy, że w trakcie przygotowań coś się źle zrobiło, a nie, że nie można tego osiągnąć.




Gdy pierwszy raz przekraczasz linię mety, dzieje się z Tobą coś niesamowitego..

9.11.2014 r. zaczęłam zawodową biegową przygodę, mój pierwszy medal. Pierwsza walka ze sobą i przekonywanie się, że dam radę. Pierwsze przypinanie numeru startowego. Pierwszy zawodowy stres. Pierwsze skorzystanie z depozytu. Pierwsza złość na siebie i wyrzuty typu: po co ja to robię. Pierwszy uśmiech przy przekraczaniu mety. Pierwsze uczucie satysfakcji z ukończonego biegu. Pierwsze wyłączenie zegarka po przekroczeniu linii mety. Pierwsze pochylenie głowy po medal. Pierwsze otrzymanie butelki wody od wolontariuszy. 
Pamiętam, jak mimo tego chłodu panującego w listopadowy poranek, gdy ja - ubrana w spodenki i koszulkę na krótki rękaw - przybiegłam po medal. Nagle cały ten pochmurny dzień stał się jednym z tych najpiękniejszych. Cały czas to pamiętam i w chwilach słabości przypominam sobie, jak cudownie się czułam i co wówczas postanowiłam.. 


..a postanowiłam dużo i konsekwentnie, nie tylko treningowo, do tego dążę, mimo że, jak widzicie, jest to strasznie rozciągnięte w czasie :)



Owszem, nadal boję się zawodowego biegania, bo nie mogę wtedy się zatrzymać kiedy mi się podoba, bo może zdarzyć się tak, że nie dobiegnę do mety. Ale zawsze walczę do końca, nawet jeśli muszę się zatrzymać na chwilę, trochę przejść, to wiem, że za chwilę zacznę biec i znów będzie cudownie :)







PRZYGODO BIEGOWA TRWAAAJ! :)



Przekonaj się sam, jak cudownie jest biegać...



Wilki - "Son of the blue sky"

You Might Also Like

3 komentarze

  1. Cześć, jest w tym dużo prawdy - po przekroczeniu mety dzieje się, dzieje - tego się nie zapomina i potem się ma punkt odniesienia. Często się też wraca w to samo miejsce aby wystartować ponownie w tym miejscu na zawodach :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękna historia i oby trwała jak najdłużej - czekam na ciąg dalszy! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To bieganie uzależnia, a przekroczenie mety to coś wspaniałego ;). Potem chce się tylko więcej!

    OdpowiedzUsuń