How much I have to run? 13 km - I'm going to deal with fear.. and maybe give up?

20:06:00



9 Bieg Trzech Kopców


Life With Run cały czas krzyczało wszem i wobec, że nie wie, czy biegnie, czy jest sens i takie inne głupoty.

Ostatecznie, tak jak zapowiadałam, pojawiłam się na starcie. Nie wiem czy będę mogła za rok wystartować w tym biegu, w ubiegłym mi się nie udało, a tak chciałam bardzo.. tak już jest, że czasem nie wiadomo czego można się spodziewać po sobie. W związku z tym, mając szansę wzięcia udziału w biegu (zapłaciłam te 30 zł!), wystartowałam. Całe 13 km przede mną, górskie 13 km, a to wyzwanie dla mnie. Strasznie się bałam, nie wiedziałam, czego się spodziewać po swoim organizmie, czy dam radę? A ten stres.. ;)
Także, biorąc pod uwagę moje obawy odnośnie do tego biegu i ciągłe zmiany decyzji czy warto wystartować, już samo ukończenie biegu uznać można za duży sukces :)

W sobotę rano odebrałam pakiet, a pod wieczór uszykowałam sobie playlistę biegową. Strasznie szkoda, że w biegu nie mogę zmieniać kolejności piosenek na telefonie :( czasem mam tak, że jak się uwezmę na piosenkę, to mogę ją przez cały bieg słuchać, jedną i tą samą, wciąż replay! I mi się nie nudzi, o nie. Ale która jest to piosenka wychodzi dopiero na trasie :(

Na bieg umówiłam się z NR. Start z kimś jest dla mnie o tyle dobry, że nie odczuwam wtedy aż takiego dużego stresu. Poza tym biegnąc sama pewnie bym wystartowała tak szybko, że później pozostawałby mi spacer czy też czołganie się ;/
Ale, ale.. już Wam mówię, że wszystko nie mogło pójść zgodnie z planem! Pierwszy raz zdarzyło mi się, że zegarek nie mógł złapać GPSa. Najdłużej musiałam czekać maksymalnie 10 min, co nie jest aż znowu tak strasznie długo. Dzisiaj uzyskiwanie lokalizacji trwało, trwało, trwaaało ii skończyć się nie mogło. Nie pomogło nawet wyłączenie zegarka. Linię startu musiałam przekroczyć z pięknym napisem na zegarku: "UZYSKIWANIE LOKALIZACJI". Myślałam, że za jakieś 100 metrów się opanuje i złapie zasięg. Ale nie, po co. A ja czekałam, długo.
Dziwne, ale nie zdenerwowałam się tym za bardzo, śmiać mi się tylko chciało. W końcu w niedzielę pierwszy raz od pięciu miesięcy stanęłam na linii startu. Nic nie mogło mi tego popsuć. Zegarek, buty, włosy, podbiegi, korzenie, słuchawki.. nic. Bez względu na to, co się miało na tym biegu wydarzyć, miało być fajnie. 
To mój biegowy już bezbolesny powrót, więc musiało być wspaniale.



Zapraszam na pokonanie ze mną raz jeszcze biegowej trasy, zobaczcie co siedziało mi w głowie :)




Bieg Trzech Kopców jest biegiem górskim typu anglosaskiego. W tego typu biegach trasa prowadzi raz w górę, raz w dół i tak cały czas. Widzicie, co napisałam - BIEG GÓRSKI! :) a jeszcze nie tak dawno pisałam, że marzy mi się udział w takim biegu. 
I się udało, wystartowałam! :)

Start umiejscowiony był koło Kopca Kraka - chyba trzeci raz tam byłam. Samo przybycie na linię startu było dość męczące. Tak sobie z Justyną żartowałyśmy, że start będzie dla nas metą, bo już sił nie mamy. Ale to tylko takie gadanie było.. co będzie na trasie się okaże w trakcie :D 

Bez problemu znalazłam ludzi, z którymi umówiłam się na bieg. Chwilę razem postaliśmy, żeby za moment usłyszeć odliczanie.. 

3, 2, 1 STAAAART! 

I po jakichś 3 minutach przekroczyłam w końcu linię startu. To się dzieje. Ja biegnę po medal. Biorę udział w zawodach. Startuję w biegu górskim. Biegnę do mety..

Co prawda już od samego startu był dość duży zbieg z Kopca Kraka, a tym samym pokusa, żeby przyspieszyć i osiągnąć jakieś w miarę dobre tempo, ale się pohamowałam i biegłam ładnie i spokojnie obok NR. Przebiegliśmy koło szkoły, w której znajdował się depozyt i Biuro Zawodów. Później była kładka Bernatka i moje ulubione Bulwary. Tutaj gdzieś mój zegarek się w końcu opamiętał i zaczął mierzyć mi przebiegnięty dystans, jednak było już za późno, kilka kilometrów miałam przecież za sobą (później też postanowił włączyć sobie pausę, gdy biegłam!, ale co tam. Przecież biegowe zegarki nie są po to, by pokazywać tempo biegu etc., 
są do szpanu, czyż nie? :D ). 

Niestety na Bulwarach, to chyba już w okolicach mostu Grunwaldzkiego było - po 3 km się zatrzymaliśmy i przeszliśmy do marszu, bo koledze noga zaczynała dawać się we znaki. Ja jeszcze wtedy nie odczuwałam zmęczenia jako takiego, ale wolałam nie biec sama, bo wiedziałam co by się działo - szybko, wolno, szybko, wolno, gleba..
a tak to oni trzymali tempo, ja swoje korygowałam. I od ok. 3.400km aż do 7 km nie było mi nic.

W trakcie tych 4 km biegło się jeszcze trochę Bulwarami, żeby następnie uciec z nich na Salwator. Zaczął się jakiś dłuuuugi podbieg, na którym musieliśmy trochę usunąć się na bok, bo jechała karetka na sygnale, oby nie po biegacza! Później gdzieś tam po prawej stronie był Kopiec Kościuszki. Biegło się Aleją Waszyngtona, gdzie za dawnych dobrych czasów ćwiczyłam sobie podbiegi. Było fajnie, ładnie, przyjemnie ciepło.

Naprawdę pierwszy raz nie zwracałam uwagi na mijające kilometry (ahhhahahah, pewnie tylko dlatego, że bez zegarka biegłam, do rzeki z nim! :( ), podziwiałam sobie trasę, szukałam kolorowych liści. Zdziwiłam się, że ten punkt odżywczy jest tak szybko, a zmęczenie się jeszcze nie pojawiło, chciało mi się tylko pić. Na kubek z wodą się rzuciłam niczym pielgrzym na pustyni, butelkę wody też sobie przywłaszczyłam - na co, po co? Gdzie ja mam rozum..?

Na punkcie odżywczym był jeszcze izotonik i czekolada, ale za to podziękowałam. Aż taką ryzykantką nie jestem :D


I tu zaczęły się schody :( 
jeszcze 6km przede mną, a ja.. ja się napiłam wody, naiwnie sądząc że będzie się lepiej biegło. Nie biegło się lepiej, było tylko gorzej. Ponadto, tutaj zaczęły się też te gorsze podbiegi, wszystko przeciwko mnie! Trochę szliśmy, trochę biegliśmy. A w brzuchu mi się przelewało. Jakieś kolki. Dziwne skurcze brzucha. Co to się dzieje.. :(
Nie było tak, że już przez cały czas aż do mety biegło mi się niekomfortowo. Co to to nie, wtedy rzuciłabym się w krzaki chyba. Biegliśmy w trójkę, więc i wsparcie było. Zamiana kilku słów, odwracała moją uwagę od bólu. Idąc/biegnąc mijaliśmy kilkoro leżących z boku trasy biegaczy, chyba pierwszy raz na żywo widziałam padających na trasie biegaczy :( 

I tak jakoś dobrnęłam z NR do 12 km, gdzie się poddałam, przeszłam do marszu, a było tak blisko końca.. jednak niespodziewanie z dobrego samopoczucia nic nie zostało. Mój mózg zafundował mi niezłe loty! Nie wiem czy do mety był rzeczywiście 1km czy tak jak mówiła koleżanka 800m, ale na tym fragmencie trasy mój nastrój zmieniał się miliard razy. Poddałam się wielokrotnie, nie wiem o co chodziło. Może po prostu chciałam w pełni wykorzystać to, za co zapłaciłam - a zapłaciłam również za 2,5 godziny możliwości przebywania na trasie :D

 Przy Kopcu Piłsudskiego NR'owi kibice zaczęli na mnie krzyczeć, że mam zacisnąć zęby i biec, bo mnie widzą i nie popuszczą mi tego :D i pobiegłam, by za chwilę mieć wrażenie, że zaraz padnę, że zwymiotuję. Nagle zrobiło mi się dziwnie sucho w ustach, gęsia skórka na rękach, którą mam zawsze, gdy coś jest nie tak z moim brzuchem, też się pojawiła. I pewnie bym się rzuciła za chwilę na glebę, gdyby nie zaczął mnie mijać jakiś bodajże 60-letni pan. Nie mogłam na to pozwolić. Rzuciłam się pędem za nim, byleby tylko go prześcignąć. Rzuciłam wszystko,  zaryzykowałam - albo go wyprzedzę, albo padnę chwilę przed metą. Była nadzieja.. 
I udało mi się, przegoniłam Pana! W tej pogoni tak się rozpędziłam, że następnie przed metą wyminęłam jeszcze dodatkowo 3 osoby :D



czyli jak widać, to tylko głowa się poddała, rzeczywiście nic mi nie było. Tyle wymówek, tyle powodów by się zatrzymać. Tak sobie wmówić, że mdleję i prawie zemdleć i zwymiotować to jest dopiero coś! Teraz czas wziąć się za coś bardziej wymagającego i lepszego - czas zacząć sobie wmawiać, że przebiegnę dobrze półmaraton. Głowo, co Ty na to?

A na mecie czekał na mnie taki piękny medal ! Warto było dla niego biec. Na żywo jest o wiele piękniejszy..





Za sobą mam już kilka startów. I do tej pory średnio interesowało mnie co Organizator zaoferował na mecie do jedzenia. Nigdy jeszcze nie jadłam bezpośrednio po zawodach! Po tym biegu byłam tak głodna, że miałam ochotę rzucić się na grochówkę, ale jak to na tę zupę przystało była na mięsie i z kiełbasą :( a ja jestem wegetarianką. A wtedy byłam wygłodniałą wegetarianką.

A póki co na treningi planuję brać butelkę by nauczyć się biec z wodą w ręku. I, co ważniejsze, przyzwyczaić organizm do przyjmowania wody w trakcie wysiłku..

You Might Also Like

2 komentarze

  1. ja mam zawsze gęsią skórkę, kiedy naprawdę mocno się przegrzeję. trochę współczuję wegetarianom, bo rzadko kiedy można spotkać się, żeby po biegu był dla nich odpowiedni posiłek. ale myślę, że to się powoli będzie zmieniać. super, że medal Ci się podoba :) mnie ten bieg też strasznie wymęczył.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo zabawnie napisałaś o tym 60-latku ;) Gratuluję przebiegnięcia/przejścia! I życzę powodzenia na półmaratonie :) Zawsze sugeruję organizatorom biegów, żeby przygotowywali posiłki także dla wegetarianów, jednak rzadko to robią :(

    OdpowiedzUsuń