"Zerwij kajdany, polam bat" - 11 listopada 1918 r.

16:08:00


Jak większość zastanawiałam się, w którym biegu niepodległościowym wziąć udział. Ostatecznie wybór padł na 2. Krakowski Bieg Niepodległości. Tak, wystartowałam tam, mimo niedociągnięć ubiegłorocznych. W końcu na tym biegu zaczęłam swoją zawodową przygodę, więc tradycji musiało stać się zadość. Czy za rok wystartuję? Nie wiem, mieć trzy takie same medale..? 
Podjęcie tej decyzji zostawiam sobie na wrzesień, teraz czas na relację! Zastanawiałam się, o czym pisać. Szczęście, że startuję w dwóch niepodległościowych biegach, więc i obie koncepcje zostaną zrealizowane :)




Nigdy o tym nie pisałam, ale może najwyższy czas zacząć?
Pakiet startowy pojechałam odebrać już w sobotę, ażeby uniknąć ewentualnych kolejek w niedzielę. Poza tym wolę sobie na spokojnie przyczepić numer startowy (co niestety mi się tym razem nie udało, o czym niżej). W pakiecie poza ulotkami, numerem i koszulką, znajdował się także odblask. Nie wiem czemu niektórzy na zawody poubierali te odblaski, skoro po pierwsze było widno, a po drugie trasa była wydzielona. 




2 Krakowski Bieg Niepodległości odbył się 8 listopada 2015 roku :) pogoda tym razem dopisała! Było strasznie ciepło. I pomyśleć, że jeszcze kilka dni wcześniej w nocy temperatura spadła poniżej zera. Rano musiałam szybko przepinać numer startowy (do wyjścia miałam wtedy jakieś 4 minuty), w bluzce na długi rękaw nie czułabym się przy tej temperaturze komfortowo. 
 
Na start dotarłam wyjątkowo wcześnie. Trochę pochodziłam w kółko, bo jednak na błoniach wiało i nie chciałam jeszcze oddawać rzeczy do depozytu - zamarzłabym! Posłuchałam sobie muzyki, popatrzyłam jak ludzie tresują swoje psy. Już czas, trzeba oddać rzeczy i zacząć się rozgrzewać. Postanowiłam tak ok. 3 min szybko pobiegać i cierpliwie poczekać do startu. 
 
Planowo ustawić się mieliśmy w ten sposób, by utworzyć Polską Flagę, nie wiem jakie były tego efekty, ale chyba źle nie wyszło :) ja ustawiłam się z czerwonymi koszulkami, od strony ulicy :) Justyna mnie w końcu znalazła i razem już czekałyśmy na start, olewając totalnie rozgrzewkę.
Tuż przed startem było wspólne odśpiewanie Hymnu Polski.
I start..



"Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas. 
I z pieśnią, że blisko jest już świt szli ulicami miast"    

Biegniemyyy!

Postanowiłyśmy z Justyną biec wspólnym tempem, w końcu przez ten smog za dużo biegania nie było, więc i kondycja zapewne trochę spadła. Szykował się spokojny bieg :)
Tuż po przekroczeniu linii startu musieliśmy iść, nie wiem czemu tak tłoczno tam było ;/ później jeszcze organizatorzy wydzielili biegnącym na błoniach trasę w ten sposób, że do dyspozycji mieliśmy tylko tę część dla pieszych. Niemniej jednak, biorąc przykład z innych przeleciałam pod szarfą i dalej już biegłam drogą rowerową, unikając tłumów. 
Na trasie dość często Biegacze powtarzali, że będą się dziś sypały życiówki, kończąc znaczącym uśmiechem :D że górski bieg mnie czeka to wiedziałam, ale mocny wiatr w twarz na Błoniach? O nie, tego było za wiele. Po pierwszym kilometrze, gdzie przez cały czas toczyłam nierówną walkę z wiatrem ostatecznie ją wygrywając, zaczęłam wyobrażać sobie jak w połowie trasy mówię NIE CHCĘ JUŻ i wracam do domu :D

Biegłam jednak dalej. Pierwszy straszny podbieg udany! Ale już na Alejach Waszyngtona postanowiłyśmy z Justyną kawałek podejść, w końcu kolejnych kilka kilometrów jeszcze nas czeka. 
Na jednym ze zbiegów, tym moim ulubionym!, zostawiłam Justynę trochę z tyłu, postanowiłam na nią poczekać jak się skończy zbieg, a tymczasem chciałam się cieszyć wiatrem we włosach, prędkością i po prostu samym biegiem.

Jestem z siebie dumna, że niektóre podbiegi w Lasku Wolskim pokonałam biegiem, że nie zaczęłam spacerować, jak miało to miejsce rok temu. Zauważyłam znaczną poprawę swojej wytrzymałości. Ponadto również psychicznie jestem silniejszym człowiekiem, mimo że ostatnio zdarza mi się mieć zaszklone oczy przy książce czy filmie. To co działo się ze mną na pierwszym biegu i tym odbytym kilka dni temu dzieli wiele. Jedno jednak pozostało to samo - szczęście, które daje mi bieganie.

Bałam się końcówki biegu - fragmentu koło zoo, gdyż na Biegu Trzech Kopców tam właśnie miałam kryzys i przeszłam do marszu.. tym razem na szczęście nic się podobnego nie działo, dzielnie biegłam. Trochę też przyspieszyłyśmy, w końcu już płasko było, ale bez szaleństw, do mety jeszcze trochę pozostało

Jakiś kilometr przed metą Justyna mi się zatrzymała i powiedziała, że dalej nie może :( zwolniłam trochę i krzyczałam, że ma biec. Ruszyła się, uff! Niestety ruszyła się tak, że za jakieś 200 metrów się zatrzymała znowu :( zatrzymałam się z nią. W końcu razem miałyśmy biec. 
Najważniejsze jest to, żeby nie zostawić samej osoby, z którą się biegnie, której deklarowało się przecież dotrzymanie kroku. Żeby po prostu być człowiekiem i trochę odpuścić. W końcu tak łatwo na starcie jest mówić, gorzej dotrzymać danego słowa, w sytuacji gdy jest szansa na życiówkę etc (nie, u mnie nie było takiej szansy ;P). Przede mną dużo jeszcze zawodów, met, życiówek, pokonywania własnych słabości. Inne rzeczy są jednak ważniejsze, zawsze.

I tak po chwili do mety pobiegłyśmy już razem. Znacząco przyspieszając pod sam koniec - ja myślałam że Justyna mi się zerwała do biegu, a ona że ja :D




Odpoczęłyśmy chwilę, podeszłyśmy po medale, po folię i zaczęłyśmy poszukiwania wody, jedzenia, depozytu. Wszystko było ładnie przygotowane. Co prawda wody znaleźć nie mogłam, ale drogę wskazali mi inni Biegacze. W tym roku, to nie Biegacze czekali na depozyt, lecz depozyt na Biegaczy :) myślałam, że te wszystkie worki będą w samochodzie i tak jak ostatnio będzie chaos przy ich odbieraniu. Ale ku mojemu zaskoczeniu - jak już przybiegłam to wszystkie rzeczy były ładnie porozkładane w namiocie, gdzie bez problemu można było odebrać swoją własność.

Zdziwiło mnie tylko na koniec jedno.. w depozycie pozostał worek, po który nikt się nie zgłosił. Organizator, żeby się go pozbyć bo innego uzasadnienia nie ma, wezwał kobietę, podając jej imię nazwisko i nr startowy (i tu wszystko ok), żeby na koniec dodać coś w stylu "albo niech zgłosi się osoba, która zna ją i weźmie ten worek" - na poważnie tak się robi?? ;/

A tak poza tym to organizacyjnie było wszystko w porządku. Na szczęście niedociągnięcia z poprzedniej edycji biegu nie zostały powtórzone.


Już dziś zapraszam Was na relację z następnego biegu niepodległościowego, w którym za kilka godzin będę miała przyjemność brać udział. Postaram się jak najszybciej opisać wszystko! Czekajcie dzielnie :)

You Might Also Like

2 komentarze

  1. może ten worek to była bomba ;)

    no cóż ja po zeszłorocznej edycji (w której nawet nie biegłam i całe szczęście) mam taki uraz, że chyba nigdy w tym biegu nie wystartuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Super! Najważniejsze, że niedociągnięcia się nie powtórzyły... no i że razem dobiegłyście do mety! :-)

    OdpowiedzUsuń