It’s getting started ! ! ! Halfmaraton under 2 hours

20:57:00


Złamałam dwie godziny w półmaratonie. W sumie tak naprawdę nie tylko je złamałam. Ja je rozniosłam w pył, rozgromiłam! Przynajmniej tak się czułam, gdy przekraczałam linię mety.

Za sobą miałam dłuższe wybiegania – wpadło 20 km, innym razem 30. Jednak żaden z tych biegowych treningów nie był ściśle wykonany pod półmaraton. Ot miałam ochotę się z zmierzyć z dłuższym dystansem, nic więcej. Wiem, głupia jestem, że się systematycznie nie przygotowuję i szukam wymówek, mimo że czasem nie ma na moje lenistwo żadnego usprawiedliwienia.

Wobec tak marnych przygotowań stresowałam się trochę samym startem. Gdzieś tam z tyłu głowy czaiła się myśl o złamaniu 2 godzin, ale nie byłam pewna, czego mogę spodziewać się po swoim organizmie. Czy dam radę przebiec tak długi dystans bez przygotowań odbywanych stricte pod półmaraton? Coś tam sobie biegałam, bo żyć bez biegania nie umiem, ale żeby treningi tempowe, siłę biegową czy nie wiem co tam jeszcze można sobie poprawiać, nie myślałam odbywać. Nie chce mi się układać planu treningowego, mieć wyrzutów sumienia, że później nie biegałam. Z jednej strony fajnie mieć coraz to lepsze wyniki, ale zostawię to chyba na spokojniejsze czasy.

W tygodniu przed półmaratonem (w poniedziałek dokładniej) jak próbowałam powalczyć z 5 km w tempie 5:30, to ledwo dałam radę. A tu, dłuższy ponad 4 razy dystans w tym samym tempie? Ohhohohoooh, nie ma mocnych, to jeszcze nie dla mnie. Poza tym, teraz miałam biec sama. Tylko ja i 21, 370 km (przynajmniej tyle pokazał mi zegarek).

Powód dla którego  jednak zdecydowałam się właśnie w Półmaratonie Marzanny złamać dwie godziny, może wydać się błahy. Może tak naprawdę było tak, że ja te dwie godziny złamać chciałam, musiałam mieć tylko jakiś punkt zaczepienia, pretekst, który pozwoliłby mi zawalczyć o taką życiówkę?

O tym, że jednak na poważnie zaatakuję tę barierę zadecydowałam dopiero w sobotę i to w momencie, gdy w trakcie rozmowy ze znajomym, który akurat nie biegł w Półmaratonie Marzanny, luźno rzucił, że podzieli się swoim biegowym zegarkiem. (ja na swój zegarek narzekałam strasznie. Tym razem marudzenie było na tyle uzasadnione, że wylądował on na reklamacji. Jak teraz biegać bez zegarka? Endomondo bleee). 

Po tej luźnej propozycji swoje biegowe plany uzależniłam od tego, jaki zegarek wyląduje na moim ręku (o czym nikt nie miał najmniejszego pojęcia), tj. jak ten strasznie fajny, to będzie poniżej 2 godzin, jak nie, to zobaczymy co da los. W niedzielę przed wyjściem z domu dostałam wiadomość, że dostanę go! Wytłumaczono mi co jak działa, jak włączyć, gdzie patrzeć na tempo, dystans, czas. I za chwilę zegarek miałam już na ręku :) od tego momentu byłam pewna – niech się dzieje co chce, ale z takim fajnym zegarkiem trzeba biec poniżej dwóch godzin, nie można inaczej!

Na start przyjechałam trochę za wcześnie. Jednak nie byłam pewna miejskiej komunikacji – o której i które drogi są wyłączone z ruchu, w związku z czym lepiej być wcześniej niż spóźnić się - jeszcze depozyt i obowiązkowa łazienka. I nowy element (przynajmniej dla mnie) - rozgrzewka! :D

Tak mi się fajnie stało w kolejce do łazienki, w ogóle w ciepłym pomieszczeniu było super! Nie chciało mi się wychodzić na zewnątrz - tak strasznie wiało, zimno było, brrr.
Ociągałam się strasznie, na tyle że spóźniłabym się na start ;P ale koniec końców udało się być o czasie - wystarczyło podbiec do baloników. W końcu ustawiłam się razem z fioletowymi balonikami lecącymi na 1:59:00.

Od tego momentu nie myślałam już o tym, czy dam radę. Dla mnie najważniejsze było to, by fioletowe baloniki nie uciekły mi zbyt daleko, tym samym zapomniałam o czymś takim jak wykręcenie życiówki. Mój pomysł na bieg wyglądał następująco: do ok. 19 km trzymam się z nimi, jak będzie wszystko dobrze, to przyspieszę jak się da i pięknie wlecę na metę.
Rzeczywistość okazała się brutalna. Nic z moich zamierzeń się nie sprawdziło, no poza tym, że mam wyprzedzić baloniki :D

Początek biegu prowadził przez Błonia na Bulwary. Jeszcze będąc na Błoniach dzielnie starałam się zrównać z peacemakerami W końcu na mój czas ustawiło się dość sporo ludzi. Irytowało mnie trochę, że nawet jak ktoś biegnie wolniej, to nie przesunie się na bok, zamiast czego biegnie, niektórzy o zgrozo na dodatek ze swoim towarzyszem i zajmuje połowę trasy i nijak się nie da go wyprzedzić. Odpuściłam, starałam się dostosować do warunków – póki co nie da się wyprzedzić? Trudno, jak będzie szansa to spróbuję, nic na siłę. Przy końcówce Błoń, jakoś prawie na drugim kilometrze udało się zrównać z balonikami! Było super! Ale jak to na mnie przystało – ta cudowna chwila nie mogła trwać za długo. Gdzieś w okolicach 5 km pomyślałam sobie, że znajomi niedługo będą na mnie czekać. Super byłoby zrobić im niespodziankę i biec przed balonikami. Mój genialny, na szczęście nie tragiczny w skutkach pomysł, doprowadził mnie do objęcia niejako prowadzenia – byłam już przed balonikami! Później był punkt odżywczy, z którego nie skorzystałam, tylko biegłam sobie dalej. A biegło się dobrze, byłam na swoich Bulwarach, moja znana ulubiona trasa, achh, tylko czemu ten wiatr tak mocno wiał? 

Biegnąc wypatrywałam znajomych - gdzieś tam mieli stać. Ta myśl pozwalała mi utrzymać dość dobre tempo, zastanawiałam się czy zdążyli dotrzeć do miejsca, w którym się umówiliśmy. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, jak fajnie było ujrzeć na trasie znajome twarze, podbiec do nich, wiedzieć że kibicują mi, by za chwile znów od nich uciec :D 

I pobiegło się dalej, jak gdyby nigdy nic. Tempo utrzymać musiałam, nie chciałam okazać słabości i zrównać się z balonikami, które nie tak dawno wyprzedziłam. Po lewej stronie był Wawel, nade mną most Grunwaldzki. W tych okolicach cała euforia minęła. Zaczęła się myśl o tym ile przebiegłam i ile jeszcze do końca zostało. Zaczynałam gubić powoli rytm, stawiać coraz to krótsze nierytmiczne kroki. Musiałam coś z tym zrobić, bo inaczej się poddam. "Przezwycięż pierwszy lekki kryzys, Ola, dasz radę" – powtarzałam sobie. Podczepiłam się pod biegnącego akurat obok mnie chłopaka - z tego co pamiętam Karol mu było. Biegł, wydawało się jednostajnym tempem. I tak wytrwałam przy nim aż do kładki Bernatka, później pobiegł sobie szybciej, a ja zostałam przy swoim tempie, z wiatrem wiejącym w twarz (dziękuję!).

Nie wiem czemu, ale – tak przyznaję się - jestem straszną oszustką. W momencie gdy przekraczaliśmy na Bulwarach start biegu na 10 km, zaczęłam sobie od tego momentu liczyć dystans. Wmawiałam sobie, że minął odpowiednio dopiero pierwszy, drugi.., siódmy kilometr i nie powinnam być zmęczona. Trasa przez rynek kojarzyła mi się dobrze z poprzedniego półmaratonu – tam ponoć kibice mnie ponieśli, wiec liczyłam na to, że tym razem będzie podobnie, albo że chociaż się gorzej nie będzie biegło.

Przyznam, że nie wiedziałam jak poprowadzona została trasa przez rynek, po prostu czekałam az on się skończy. A nie kończył się, jak już myślałam, że zaraz skręcimy na Bulwary, okazywało się, że czas na kolejną uliczkę..
Na trasie przed zbiegiem na Bulwary znikąd ktoś się pojawił. Spojrzałam w prawo, a tu ku memu wielkiemu zdziwieniu pojawili się moi kibicujący znajomi! Nie spodziewałam się, że i w tym miejscu będą, przecież mieli czekać na mecie. A tu taka super niespodzianka! Przebiegli może 20 metrów i uciekli na lewo, zostawiając mnie samą. Mnie ii kilka niekończących się kilometrów.

Od 18 km poruszałam już tylko dzięki silnej woli. Widziałam na zegarku ile kilometrów już za mną i niby powinnam wiedzieć, że zostały 3 km, ale moje skomplikowane obliczenia doprowadziły do tego, że wydłużył mi się dystans półmaratoński, najpierw o 2 km, a później już tylko o 500 m :D
I wiecie co?, krakowskie błonia są straszne! Starałam się nie poddać, nie zatrzymać, nie maszerować. Tylko po prostu biec. Usiłowałam wypatrzeć tę upragnioną metę, ale tak jakby jej nie było, za to była jedna długa droga, bez końca. Zwolniłam na ostatnim kilometrze bardzo, wiem o tym. Już nie miałam sił. Przede mną pojawił się Sylwester i krzyczał, że mam biec szybciej. Ja próbowałam na ostatniej prostej nie zwątpić w siebie, po prostu biec jednostajnym tempem (albo po prostu biec, nie przejść do marszu..), bez żadnych zrywów.



A ostatecznie..

Dałam radę! Ja. Sama. Bez niczyjej pomocy. Moja głowa, nogi wygrały z 21,370 km. Jeszcze nie do końca w to wierzę.




Bezpośrednio po przekroczeniu mety moja głowa nie chciała uwierzyć w to, że to już koniec, że nie trzeba zmuszać się do wysiłku, że można zatrzymać się, wziąć głębszy oddech. Automatycznie podnosiłam nogi, stawiałam kolejne kroki już jako Półmaratonka z czasem poniżej 2 godzin, a to jest dopiero coś! Porwałam medal, folię, wodę i uciekłam :D tak szybko uciekałam z mety, że zapomniałam oddać chipa, ale na szczęście w porę się opamiętałam ii opłacało się jeszcze wrócić. Później poleciałam na Cracovię i pojechałam po pizzę i zaszyłam się w domu, rozkoszując się myślą o tym, co miało miejsce kilkadziesiąt minut temu..

I z ręki zegarek znikł, achh, kiedyś się też takiego dorobię! ;) dobrze chociaż, że półmaratońska życiówka została i wieeeelka duma z siebie, chociaż to :)

A teraz przede mną pierwsze górskie 21 km, trzymajcie kciuki, bo jak to się uda, to pokuszę się o cały cykl pereł! Ochh, mój biegowy plecak się na coś przyda :)


You Might Also Like

1 komentarze

  1. Gratuluję mobilizacji. Dla mnie bieganie od zawsze było aktywnością fizyczną, z której nie potrafiłam czerpać pełnej przyjemności. Takie trochę ćwiczenie z przymusu. Ale czytając Twojego bloga...kto wie...

    OdpowiedzUsuń