MY FIRST 30 KM ! - I run through this unexpected world ! :)

21:22:00

Tak wszyscy dookoła sobie chwalą te cotygodniowe parkruny, że jest fajnie, bo miła atmosfera, ludzie przesympatyczni, no i czas się jeszcze mierzy. Czemu by nie skorzystać, nieprawdaż?




Mnie od parkrunów odrzucały dwie rzeczy. Na Błonia mam troszkę daleko, więc jeśli chcę szybko przebiec i spróbować walczyć o życiówkę  powinnam dojechać tam komunikacją miejską, a nie porywać się na przebiegnięcie dodatkowych 5 km przed. Ponadto, same Błonia. Narzekam gdzie się tylko da na nie. Nie lubię ich i tyle. Dłużą się jak nie wiem co, jedna dłuuuuuga prosta :(

Ale ostatnia sobota była dniem wyjątkowym. Nie wiem co to się stało, co przyświecało mi w momencie, gdy zadecydowałam, że tak, pójdę na parkrun i zobaczę jak to jest. Czy faktycznie powinnam żałować, że nie przybywam tu co tydzień. Jednak rano wstałam, wyjrzałam przez okno i ... cały mój zapał uciekł. Nie było słońca, nie było ciepło. Było tak.. nieidealnie. Nie tak, jak miało być na moim pierwszym parkrunie. Wróciłam do łóżka, wzięłam książkę i tak zamierzałam spędzić najbliższe kilka godzin.
Jednak w trakcie czytania pojawiły się myśli, że nie warto się poddawać. Nie warto nie robić czegoś co się zaplanowało tylko dlatego, że pogoda jest nieodpowiednia. To głupie rezygnować przez pogodę - strasznie brzmi co?

Z bólem serca odłożyłam książkę i zaczęłam się przygotowywać do biegu. Jednocześnie podejmując decyzję, że dziś na 5 km nie skończę. Skoro już wyjdę to tych kilometrów musi być znacznie więcej.

Na dworze było ok. jednego stopnia. Niby nie pora na kurtkę, ale jakoś głowa nie chciała uwierzyć, że może mi być ciepło w samej bluzce - takie myślenie niebiegacza. Ostatecznie stwierdziłam, że biorę saszetkę na telefon zostawiając kurtkę w domu - jak będzie mi zimno to po prostu szybciej pobiegnę :D

Na sam parkrun dojechałam tramwajem i autobusem. Tak, zamarzałam na przystanku, ale co tam, czego się dla biegania nie robi :)




Na Błoniach umówiłam się z Justyną. Z racji tego, że przyjechałam troszkę przed czasem, zrobiłam sobie kilka krótkich przebieżek by nie stać bezczynnie i nie zamarzać. Później zaczęliśmy się ustawiać na starcie, z Justyną stwierdziłyśmy że nie szarżujemy bo czeka nas dalsza wyprawa (jeszcze nie wiedziałyśmy co z niej wyniknie), wobec tego narzuciłyśmy sobie tempo 5:20-5:30 i biegłyśmy tymi niekończącymi się Błoniami :( tak tym razem, mimo towarzystwa i rozmów nadal nie mogłam cieszyć się bieganiem.. na ostatnim kilometrze Biegacz kazał nam wyprzedzić żółtą kurtkę. Ahhahahah, kto to widział ścigać się z kurtką, ale pomogło, Błonia szybciej minęły. Mam nadzieję, że na Półmaratonie Marzanny będzie też jakaś kurtka, z którą będę mogła się ścigać i dzięki czemu ostatnie Błoniowe kilometry miną mi szybciej lub chociaż dłużyć się nie będą :D

Po ukończonym biegu, rzuciłyśmy się na ciepłą herbatę :) odpoczęłyśmy chwilę i stwierdziłyśmy, że czas biec dalej. Nie chciało się, ale cóż, jak trzeba to trzeba. Miałyśmy pobiec bezpośrednio do Lasu Wolskiego, ale Justyna chciała jeszcze kupić bilet, więc zboczyłyśmy troszkę z trasy i Lasek zostawiłyśmy na później. Po tym jak kupiła, powiedziałam jej coś, co już po parkrunie zaczęło krążyć mi po głowie. Tak nieśmiało spojrzałam na nią ii.. spytałam "Justynaa, bo ja na dzisiaj chciałam zrobić 30 km, chciałabyś ze mną?"Zdziwiona strasznie, ale zgodziła się. Co prawda ostsateczną decyzję o ilości kilometrów miałyśmy podjąć w okolicach 20 km, ale ja już wiedziałam, jak wypowiedziałam to, że chcę przebiec 30 km, to tym razem to zrobię, nawet jeśli ostatnich kilka km będę musiała zrobić na czworaka to je i tak pokonam. Chciałam zapomnieć o wszystkim, przestać czuć, oderwać się od tego co tak mnie zraniło.

I tak sobie pobiegłyśmy do Lasku Wolskiego. Zaczęło się od Alei Waszyngtona i  miało być już tylko gorzej - kto zna te tereny, ten wie jak tam jest. Było górzysto :D jak dla mnie ok. 30 km w takim terenie to czyste szaleństwo. Nigdy takiego dystansu jeszcze nie pokonałam, a porwałam się na górki. Ale co tam, trzeba próbować, bo to jest w życiu najpiękniejsze. Nie zrezygnować ze swoich marzeń, nie poddać się, gdy jest się tak blisko osiągnięcia celu, lecz także nie poddać się, gdy wszystko idzie nie po naszej myśli, ot tak się kształtuje siła człowieka. Don't give up!!!


Podczas pokonywania kolejnych kilometrów znalazłyśmy nie tylko szczęście, lecz także tę upragnioną wiosnę :)




Ostatecznie udało nam się. Zrobiłyśmy te 30 km. Mój zegarek ma gorszą ode mnie kondycję - rozładował się na ok. 26 km, szkoda. Muszę powtórzyć ten trening, by i on również doznał tego zaszczytu, by na garminowym liczniku pojawiła się piękna 30 :)

Nie mówię, że z łatwością przyszło mi przebiec ten dystans. Było strasznie. Chciałam się poddać. Zwłaszcza gdy przede mną pojawiała się góraaaa, a mięśnie odmawiały posłuszeństwa. W trakcie biegu odkryłam mięśnie, o których istnieniu czytałam tylko w książkach (to prawie tak jak UFO :D) Ale i tu znalazłam pocieszenie. Jak jest pod górkę, to będzie i  z górki, kiedyś na pewno :) 

Koło zoo zrobiłyśmy sobie chwilę przerwy - na zakup napoju oraz na zdjęcia ze słoniami :D

SŁOOOOONIE <3


Także, ten dość ciężki dystans - raz jeszcze podkreślę 30 km - mam już za sobą. W nagrodę oraz z okazji dnia kobiet sprezentowałam sobie nietypowy, jak na ten dzień prezent - biegowy plecak dołączył do moich biegowych akcesoriów. Na kolejne bieganie idzie ze mną - musimy się poznać i przyzwyczaić do siebie, żeby skutkowało to życiówką na kolejnych zawodach ! :)






Z tego wszystkiego, z poczucia, że jak mogę 30 km to mogę również i 42 km przebiec, tylko trzeba uwierzyć w siebie, trenować i pokochać to co się robi, ot cała filozofia, zapisałam się na maraton wrocławski we wrześniu. Przygotowania czas zacząć! 



Półmaratony i maratonie - strzeżcie się, nadciągam! :)

You Might Also Like

0 komentarze