"To nasza historia, nasza duma.."

19:50:00

 
W ubiegłym roku bardzo chciałam wziąć udział w Biegu Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Ostatecznie jednak w Krakowie nie był organizowany ten bieg. A ja, jak to na mnie przystało, nie jeżdżę za zawodami, wobec tego z medalem i samym biegiem musiałam się pożegnać.


W tym roku miało być inaczej. Kraków był jednym z miast, w którym odbywał się ten bieg. Zapisałam się na zawody, nawet opłaciłam start, odebrałam pakiet. I po tym jak miałam go już u siebie w pokoju, okazało się, że muszę wyjechać, w sobotę, dzień przed zawodami. Żeby pakiet się nie zmarnował, chciałam go komuś podrzucić, ale jakoś zainteresowania nie było. Cóż. Numer pozostał mi na pamiątkę.


Na niedzielę wylądowałam w Poznaniu. Tam również był organizowany Bieg Tropem Wilczym. Ooo jak super! Miałam nawet pakiet, dzięki czemu spokojnie mogłam wstać koło 7 i wystartować o 9:30. Marzenia się spełniają :)

Pogoda nie dopisała. Strasznie zimno było z samego rana, a ja nie miałam ani kurtki ani buffa :( na starcie zamarzałam. Zamarzałam jeszcze bardziej, gdy dowiedziałam się, że start biegu zostanie przesunięty o kilkanaście minut, gdyż nie wszyscy zdążyli odebrać pakiet. Z jednej strony dobrze, że Organizator, mimo wcześniejszych ostrzeżeń, postanowił przełożyć start. Gdybym ja była w grupie osób, która nie zdążyła odebrać pakietu (a mało brakowało a tak by się stało) byłabym strasznie zawiedziona niemożnością wzięcia udziału w biegu, zwłaszcza że start został opłacony, a ponadto pojawiłam się w wyznaczonym czasie by pakiet odebrać.



Trasy wcześniej nie znałam. Co prawda było to na Cytadeli, gdzie odbywają się Parkruny, ale jeśli chodzi o bieganie to miałam tam przyjemność trenować tylko raz, późnym wieczorem i to jeszcze gdy padał deszcz. Także jeśli chodzi o tamtejsze trasy, za wiele nie pamiętałam. Organizator mówił o jakichś pętlach, że ci, co biegną na 5 km skręcić muszą w prawo (a może lewo?) a nie lecieć bezpośrednio do mety, bo metę przekracza się tylko raz :D 

Przed startem odśpiewaliśmy Hymn, poczekaliśmy do wystrzału pistoletu i ruszyliśmy. Zaczęło się lekkim podbiegiem i w sumie strasznie nie było. Trasa należała pewnie, jak to większość stwierdzi, do tych łatwiejszych. Mi się biegło dobrze do czasu.. Co prawda od samego początku było niekomfortowo. Zaczęło się złą muzyką - nie przyznam się Wam, co to za utwór był :P w ogóle to muzykę miałam za cicho ustawioną. Później jeszcze okazało się, ze miałam niedopasowaną saszetkę na telefon. Zamiast pięknie trzymać się na biodrach trzymała się na spodniach, pod które ją włożyłam. Jednak i to nie pomagało. Z racji tego że miałam dość luźne legginsy pod wpływem wstrząsów saszetka wraz ze spodniami obniżała się. Co kilkanaście kroków musiałam ją poprawiać. Jakie to było irytujące! Chcę sobie pobiegać, macham rękoma w rytm kroków, żeby za chwilę wybić się z rytmu i użerać się z saszetką i spodniami. Współczuję i pozdrawiam serdecznie tych, którzy podziwiać musieli moje nieudolne powtarzające się próby poprawienia tej saszetki, które skończyły się ostatecznie odpięciem jej i trzymaniem w ręku aż do mety.

Co do samego biegu to przyznaję, że chciałam może nie złamać głupie 25 minut, bo pewnie bym nie podołała, ale chciałam pobiec w nawet przyzwoitym czasie. Ale nie dało rady. Na 4 km odpuściłam. Brzuch który bolał mnie od ok. 2 km doprowadził do tego, że szłam w zawodach na 5 km. Wiem wstyd. Czułam się strasznie. I nie ma żadnego pocieszenia. Po prostu. Strasznie zła na siebie wbiegłam na metę siadając bezpośrednio po przekroczeniu mety. Nie obchodziło mnie to, że jest zimno, że siedzieć nie można od razu po biegu. Co z tego, gdy na trasie zrobiłam z siebie straszną kretynkę. Chciałam ładnie pobiec, tylko tyle. Po to trenuję. Pierwszy raz miałam takie głupie myśli podczas biegu. I wiecie co? Nie chcę ich nigdy więcej! Bez względu na to co by się działo na trasie. Ale tym razem mam dla siebie usprawiedliwienie. Pierwszy raz biegłam w Poznaniu, gdzie niebiegający znajomi czekali na mnie na mecie. Stresowałam się tym trochę. Chciałam przebiec to jak najszybciej, Wbiec ładnie na metę. Ot tak, żeby było fajnie. Ale nie było. Zapomniałam, że z biegu trzeba się tylko i wyłącznie cieszyć

Ja chyba nie umiem żyć w ten sposób. Nie umiem skupiać się na wynikach, na czasach. Nie chcę tego umieć. Fajnie pokonywać własne słabości, przekraczać granice, ale nie kosztem biegowej radości. Albo się uda i będzie fajnie, albo nie i też będzie fajnie. Co mi z jakichś tam życiówek, jak po miesiącu braku treningów, nic z wcześniejszych osiągnięć nie zostanie? Po co tracić piękne biegowe chwile, dla chwil stresu? Nie jest to warte. Życie za szybko ucieka i jest zbyt stresujące, by jeszcze sobie tego stresu dokładać dobrowolnie. Nie jestem zawodowym sportowcem, który ma parcie na wyniki. Jestem zawodowym sportowcem, który ma parcie na szczęście.

Ale wracając do zawodów ładny medal dostałam :) Jeszcze herbatka do tego była. Po zupę nawet się nie ustawiałam do kolejki, w końcu nie jem mięsa ;P zamiast tego dostałam pobiegowe słodycze :D



Taki właśnie był mój pierwszy bieg w Poznaniu :) trochę nieudany start, ale za to z genialnymi przemyśleniami i postanowieniami!
Zaraz chyba idę sobie na trening -  jak pobiegam, będą frytki! Obym zrobiła te 15 km, inaczej pozostaną mi do zjedzenia kanapki.. bleee ile można!

Teraz zaczynam kolejny raz swoją przygodę z A6W i różnego rodzaju ćwiczeniami na brzuch, bym mogła sobie bezproblemowo biegać. Zaszkodzić nie zaszkodzą, a może tym razem pomogą :)

Ponadto, już się chwalę - zapisałam się na dwa półmaratony! :)
20 marca półmaraton marzanny - trzymajcie ładnie kciuki :)
A drugi to półmaraton górski, o nim później, jak już Marzannę skończę przeżywać. Wszystko po kolei :P

You Might Also Like

0 komentarze