"Fight, when you choose to fight"

19:03:00

Perły Małopolski kusiły mnie od dawna. A jak Organizatorzy przedstawili wizualizację medalu - po prostu oszalałam. Tę perełkę bardzo chcę mieć w swojej kolekcji. Biorąc jednak pod uwagę moje dziwne pomysły, już dziś wiem, że nie dane mi będzie zdobyć ją w okresie jednego roku, niestety. 

Skała jest najłatwiejszym biegiem z tej serii. Owszem, najmniejsze były tam przewyższenia, niemniej jednak i tak dała mi się we znaki. Ale chwila, chwila - wszystko od początku.

Start w Skale opłaciłam ostatniego dnia niższej opłaty startowej - chwilę przed północą albo nawet tuż po. Na szczęście udało się zdążyć i opłatę mi zaksięgowano, nadano numer startowy. Teraz tylko trzeba czekać na start :)

Trochę sobie biegałam. Co się chwali. Treningi są ważne! Problemem było to, że przed Perłami Małopolski biegałam w przeważającej części płaskie trasy, chwilę przed 17.04 zachciało mi się podbiegów, ale było już za późno :(

Do Skały pojechałam autokarem załatwionym przez Organizatora, dzięki czemu nie musiałam się stresować, że spóźnię się na start, że zabłądzę. Na podróż, z racji tego, że nikogo nie znałam wzięłam sobie książkę "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka" (swoją drogą szczerze Wam ją polecam, może nawet pokuszę się o krótką recenzję, jeśli powrócę do systematycznego pisania.). Chwilę przerwy w czytaniu i zachwycanie się krajobrazem wykorzystała siedząca obok mnie dziewczyna - Kamila - zaczynając ze mną rozmowę. Już do startu trzymałyśmy się razem. Odbierałyśmy pakiet startowy, przygotowywałyśmy się do biegu. Razem się stresowałyśmy. I razem postanowiłyśmy, że będzie to super bieg. Mimo że na dworze było tak ciepło..

Ja ze sobą zabrałam mój biegowy plecak, na szczęście. Nie wyobrażam sobie co działoby się ze mną, ze średnio wytrenowaną osobą, bez wody - na trasie było zdecydowanie za mało punktów odżywczych jak na taką pogodę, zwłaszcza że na trasie mijałam leżącego mężczyznę, którym zajmował się ratownik medyczny.

Niestety Garmina nie mogłam wziąć ze sobą - oddałam go na reklamację, więc na szybko kupiłam jakikolwiek zegarek, który mogłabym wziąć ze sobą na bieg.. :(




Start jak i meta biegu znajdowały się w Skale, koło jakiejś szkoły bodajże. Zaczynało się super. Było z górki, achh tak można biegać. Początek był jeszcze w mieście, czyli niezbyt ciekawe otoczenie.. Dopiero na 2-3 km zaczęły się piękne tereny. Co prawda nadal był asfalt, ale już dookoła było coś lepszego niż jakieś budynki. Były skarpy, dużo drzew, przepiękne widoki. Biec i nie myśleć że się biegnie. Nie zastanawiać się ile jeszcze kilometrów zostało. Cieszyć się każdym krokiem, oddechem. Być po prostu szczęśliwym, tu gdzie się jest.

Bardzo mi się podobała ta trasa. Niektóre fragmenty kojarzyłam z ubiegłorocznej wycieczki do Ojcowa - mijałam sklep, gdzie kiedyś kupowałam lody, miejsce gdzie pochłaniałam z trzęsącymi się uszami pizzę (wspominałam już że jestem żarłokiem ? :D ). Tak jakoś fajnie się biegło. Do 6 czy 7 km, gdzie następował podział biegów - na 21 i 13 km. Z racji tego, że ja biegłam ten dłuższy dystans czekał na mnie niedługo podbieg, echh. Już się nie chciało. Tutaj sobie zaczęłam maszerować. Zaczął mnie boleć brzuch. Zachciało mi się końca. Zapomniałam, że ten bieg na początku tak bardzo mi się podobał..

W takim marszobiegu dotarłam do punktu odżywczego. Miałam własną wodę, dlatego też stoliki z napojami ominęłam szerokim łukiem i szłam dalej. Natrafiłam na jakiegoś Biegacza, który też szedł. W pewnym momencie zaczął biec. I ja też "A co, ja gorsza będę?" pomyślałam i dotrzymywałam Panu kroku :D po jakimś czasie się zatrzymał, więc i ja też. I tak szliśmy aż do sameeej góry. W pewnym momencie Pan odwraca się i mówi "to co, biegniemy?" hahahahah :D jakie było moje zdziwienie na twarzy po tym pytaniu! Ale kwinęłam głową że tak i polecieliśmy. Chwilę biegliśmy razem, ale On biegł troszkę szybciej na płaskim niż ja i uciekł mi :( niestety. Znów zdana byłam na siebie. Zaczęły się jakieś pola. Szukałam jakiegoś cienia, ale nie, po co, jak można sobie w samym słońcu w południe biegać! :/

Nie pamiętam dokładnie gdzie, ale był fajny zbieg. Taki strasznie stromy - o czym świadczy obecność ratowników przed początkiem zbiegu. Biegnący przede mną Mężczyzna spytał ratowników ile osób już poległo na tym fragmencie trasy. Na co oni z uśmiechem, że do tej pory nikomu nic złego się tu nie stało, uff. 

Po tym fajnym zbiegu zaczął się długi względnie płaski odcinek trasy, na którym nie dawałam już sobie rady. Nie wiem czego ja wtedy chciałam od życia. Skończyć bieg na który tak bardzo się cieszyłam? ;/ Miałam dość, a sił już nie było. A na końcu tej prostej, za punktem odżywczym czekał na mnie dłuuuugi podbieg. Kurcze, ja nie mam sił. Nie dowierzam, że jeszcze takie coś mnie czeka :(
I tak się próbuję wtoczyć na sam szczyt, żeby było fajnie. Ale ja już nie mogę. Nie chcę. Marzy mi się fotel, łóżko. Trochę odpoczynku. Zaczynam jęczeć, że nie mam tyłka tylko już z niego kamienie się zrobiły. Mówię głupoty, nie myślę co mówię, myślę tylko o tym, czy punkt, który myślę, że jest już szczytem nie okaże się po raz kolejny jedynie zakrętem :(

Jakoś się udało! Było ciężko, było źle - tak brak podbiegów w treningu, wiem wiem :( za tym pięknym szczytem coś tam się biegło.. aż do przesympatycznej pani Fotograf - Magdaleny Bogdan, która na mój widok zaczęła krzyczeć "Oooo Ultraska biegnie!". To było dopiero coś! Pierwszy raz mnie ktoś tak nazwał! Jak miło mi się zrobiło. Jak nagle sił dostałam i chęci do biegu. Znów zaczęłam wierzyć w sens tego co robię..



I tak sobie biegłam szczęśliwa do momentu, gdy nie zaczęły się pola, kolejne! :( Słońce, skwar, wiatr w twarz, pola dookoła i ja. Ja zmęczona. Po raz kolejny zniechęcona. Zmęczona. Aż w pewnym momencie, jakoś w połowie pola, kiedy zarządziłam powszechny spacer, zaczęłam sobie tłumaczyć, że powinnam cieszyć się z widoków, na nich skupiać swoją uwagę. Doświadczać tych krajobrazów, piękna. Stąd też mój wymęczony biegiem uśmiech na poniższym zdjęciu ;)

Po polu wbiegało się kolejny raz do lasu. Nie wiem dokładnie jak, ale udało mi się wyprzedzić pewnego chłopaka, który na Starcie Biegu chwalił, się, że on biega na Śnieżkę, jakieś Rzeźniki i że w ogóle to jest specjalistą biegowym ;/ a tu ja, niepozorna dziewczynka wyprzedziłam takiego cwaniaka, który później na mecie wmawiał mi że dał mi po prostu biec pierwsza. I już nie mogłam odpuścić. Ale odpuściłam. I na mój widok, jeden z wolontariuszy krzyczał, żebym biegła bo już blisko meta, że słychać muzykę, żebym się nie poddawała tylko biegła (jasne, łatwo mówić, gorzej zrobić gdy ma się przed oczami kolejny co prawda bardzo łagodny podbieg). I jakoś zaczęłam powłóczyć nogami. Niby było tak że nie miałam sił, ale jak już zobaczyłam metę, to ostatnie 300 metrów zrobiłam niezwykle szybko, chciałam już medal, chciałam już metę. Chciałam mieć pierwszy górski półmaraton za sobą! :)

Po biegu zgarnęłam dwie butelki wody i rozpoczęłam wielkie nawadnianie :D

Jak widać ogromny wpływ na mnie mają kibice, w szczególności bezpośrednio do mnie skierowane okrzyki. Dodają niezłego kopa, nagle tyle sił w nogach się znajduje. Powraca wiara w siebie.

Od Skały pokochałam jeszcze bardziej trailowe bieganie. 
Nudzi mnie już zwykłe klepanie kilometrów po Bulwarach. 

Chcę czegoś więcej, czegoś lepszego. Chcę lasu. Chcę podbiegów. Takie bieganie jest dopiero super!!!

You Might Also Like

0 komentarze