LifeWithRun i jej maraton – 15. Cracovia Maraton

22:35:00




Przez cały dzień zastanawiałam się, jak napisać tę relację. Zawsze mam taki dylemat po ważnym dla mnie biegu. A ten był ważny. Najważniejszy. Trochę czasu jednak od zawodów minęło i trochę emocje opadły, stres związany z biegiem również tak jakoś zniknął. Postanowiłam jednak wyciągnąć z zakamarków pamięci te wszystkie uczucia, które towarzyszyły mi 15 maja 2015 roku.


Zapraszam :)


Krakowskiego maratonu miałam nie biec. Moja maratońska przygoda wstępnie planowo powinna się rozpocząć we Wrocławiu, we wrześniu.. jednak los zadecydował inaczej. W momencie, gdy chciałam zapisać się na ten bieg, opłata startowa wynosiła już chyba najwyższą kwotę. Siedziałam sobie patrząc tempo na ten regulamin i cała moja chęć wzięcia udziału w biegu zniknęła. Na szczęście dla mnie jest fejsbuk i ludzie sprzedający pakiety. Jeszcze tego samego dnia znalazła się osoba, która chciała pozbyć się pakietu. Zadzwoniła do mnie i stwierdziłyśmy, że wymienimy się pakietami – ja oddam ten na Bieg Nocny, a ona mi Maratoński za niewielką dopłatą. Jakże szczęśliwa wtedy byłam! I naiwna. Nie zdawałam sobie sprawy jeszcze co mnie czeka. Zostało równe 30 dni. W 30 dni chciałam przygotować się do maratonu..




O tym, że zamierzam zadebiutować w Krakowie wiedziała początkowo tylko Justyna. I tego się miałam trzymać. Nie chciałam nikomu mówić o swoich planach, bałam się, że jak się pochwalę, to nic z tego biegu nie wyjdzie. Trzymałam się swej decyzji dzielnie, do czasu kiedy różne zawirowania w moim życiu doprowadziły do tego, że wygadałam się niektórym osobom w pracy – nie mogłam dłużej tolerować tego pytającego wzroku, jak to się stało, że „z osoby która w pracy nie je i nie pije” stałam się „żarłokiem i wodopijcą” :D i o dziwo nie zostałam wyśmiana! Wręcz przeciwnie. Podbudowałam się, uff jest dobrze. Później z wielką obawą wygadałam się Kubie. Byłam mu to winna przecież. Powiedział, że będzie trzymał kciuki. Jakoś tak lepiej mi się zrobiło, gdy podzieliłam się z kimś swoimi obawami, że miałam komu powiedzieć o maratonie i o tym, że się boję. Jakoś w ostatnim tygodniu, kilka dni przed biegiem dostałam super wiadomość – Kuba powiedział, że pomoże mi w moim pierwszym maratonie (że będzie biegł w tych zawodach wiedziałam, ale cały czas myślałam, że pobiegniemy osobno).

Postanowiliśmy razem odebrać pakiet startowy, tuż po sobotnim biegu RMF FM (o samym biegu wkrótce!). Miałam tam sobie kupić żele. Z racji tego, że aż tak długo nie siedzę w odżywianiu biegowym na trasie nie wiedziałam, które odżywki sobie wybrać – tyle kolorów, a i ceny nieziemskie czasami (10 zł?! No proszę..). Ile ich będzie mi potrzebne też nie wiedziałam. Zaczęłam się stresować bardzo. Nie znam się na odżywkach a pcham się na maraton, przecież to jakieś szaleństwo.. Moje szaleństwo!

Ostatecznie jakieś tam odżywki kupiłam. I zaczęłam w głowie odliczać godziny do startu, to już tak blisko. A przecież chwilę temu miałam jeszcze całe 30 dni na przygotowania.. kiedy one minęły nie wiem. Jeszcze tylko trzeba było kupić pomaratońską nagrodę. Dla dwóch czekolad przebiec maraton? Challenge accepted!

W dniu biegu wstaliśmy bardzo wcześnie. Już nie pamiętam czy była to 5 czy 6 rano. Jakoś zwlekłam się z łóżka. Rozbudził mnie zapach kawy. Czas rozpocząć dzień. Czas przygotować się do maratonu. Czas cieszyć się ostatnimi chwilami bycia zwykłym człowiekiem..

Na start pojechaliśmy godzinę przed rozpoczęciem biegu. Dla mnie za szybko, więcej czasu na stresowanie się. Echh, ale dostałam od Kuby wafelka, dzięki czemu przestałam się bać, na chwilę. W końcu miałam wafelka! Wafelki są takie super! Jak już nacieszyłam się jedzeniem, poszliśmy oddać rzeczy do depozytu. I już tylko pozostało nam czekać na godzinę 9. Oczywiście 15 min przed startem poleciałam tradycyjnie do toi-toia :D

Chwilę przed 9 poszliśmy do swojej strefy czasowej, a raczej mojej (4:30-5:00 bodajże miałam na numerze). Jakaś taka niewyraźna stałam. Patrzyłam na ludzi dookoła. Wszyscy tacy szczęśliwi. A ja? Ja zaraz bym dostała pomieszania zmysłów! Byłam szczęśliwa, bałam się, chciało mi się płakać, skakać. A przecież to dopiero początek. Myślałam, że zaraz pęknę. A ja po prostu tak bardzo jak bałam się tego biegu, tak bardzo chciałam go przebiec. Stać się Maratończykiem.. ogarnij się dziewczyno!, krzyczałam w głowie! I tak bardzo się ogarnęłam, że jak usłyszałam wystrzał pistoleta to się popłakałam. Co prawda dla mnie on nic de facto nie oznaczał – jeszcze biec nie zaczęłam, dlatego kiedy dotarło do mnie że jeszcze nie biegnę, odechciało mi się płakać, poza tym Kuba przytulił i powiedział, że będzie dobrze! I jakoś tak mi się lepiej zrobiło. A z tym płaczem to trochę taki falstart był.. ale nic straconego, spokojnie. Gdy już przekraczałam linię startu, włączyłam zegarek, łzy zaczęły cisnąć mi się do oczu, straciłam równy oddech. Miałam ochotę rzucić się i płakać. Nie pytajcie z jakiego powodu, po prostu nie wiem. Złapałam Kubę mocno za rękę i gdy już się uspokoiłam puściliśmy się i biegliśmy dalej w stronę Wawelu. Aż na Błonia. Tuż za Jubilatem było tylu kibiców! Biegło się tam po prostu super! Nie mówię, że osiągnęłam prędkość światła. Co to, to nie. Ale jakoś tak czułam się wyjątkowo. Tyle ludzi stało, krzyczało, wspierało biegnących. To było cudowne doświadczenie. Na Błoniach był pierwszy punkt odżywczy, z którego nie skorzystałam, Kuba mówił, że zaczynamy od drugiego. A Kuby słuchać się musiałam. I tak sobie biegłam wokół Błoń. Gdzieś tam byli kibice z ITMBW, później z Night Runners. Pierwszy raz biegło mi się tam… yyy… dobrze. Fragment trasy, którego tak się obawiałam przebiegł tak łagodnie! Jest dobrzeee!
Na Maraton wzięłam inny żel, bo tych już nie było w sklepie :(
Z Kuba w trakcie biegu nie rozmawialiśmy za dużo. Bardziej wymienialiśmy spojrzenia. Było mi to na rękę, bałam się, że rozmowa mnie zmęczy dodatkowo.. :D pobiegliśmy jakąś drogą koło Centrum Kongresowego. Za chwilę był kolejny punkt odżywczy – ochh, jak dobrze, bo w końcu wypadałoby się napić! Wbiegliśmy na Bulwary. Moooja trasa! Tak, tak, taaaak, teraz sobie mogę pośmigać! Tralalaaa, jestem Mistrzem na Dzielni! W tygodniu przed maratonem przebiegłam sobie ten fragment trasy, okazał się nie być taki zły (w trakcie treningu zapomniałam, że jeszcze do Tauron Areny się biegnie, kurdeee!). Był kolejny punkt odżywczy, którym nie pogardziłam i zgarnęłam kubek wody – i dostałam pierwszy żel! Wcześniej nieprzetestowany, bo po co. Tak, owszem, bałam się reakcji swojego organizmu, ale cóż, trzeba być dzielnym. 

Pod Mostem Kotlarskim był punkt dopingowy. Muzyka puszczona w tym miejscu okazała się genialnym pomysłem. Na chwilę zapomniałam o biegu.. i o tym, że za chwilę jest podbieg na most. Nie było źle, podbiegu jakoś szczególnie nie odczułam, w końcu w głowie miałam myśl: „wracam za chwilę na Błonia ii zaraz koniec”. Trochę myśli te kłóciły się z tym, co pokazywał zegarek – był może wtedy jakiś 11 km. Ups. Chyba jakaś pomyłka. Niestety. Przecież trzeba biec do Areny! Nie, nie, nie! Jak to tak można odbiegać od Bulwarów? :( Podobało mi się to, że mijaliśmy się z biegaczami, którzy już wracali spod Areny. Ich uśmiechy na twarzy, czy lekki krok, podbudowały mnie. Oni przebiegli więcej niż ja, a są mniej zmęczeni, musiałam się ogarnąć i biec. Tak też zrobiłam. A nawet więcej – zaczęliśmy z Kubą machać ludziom, którzy mieli koszulki Drużyny Szpiku. Strasznie miłe było to, gdy nam odmachiwali! I tak jakoś dobiegło się do Areny. Skorzystałam z kolejnego punktu odżywczego, pochłonęłam żel. I mogłam biec dalej. Aż na Bulwary. Głowa chciała biec, nogi też. Kuba dopingował. Uśmiechał się czasem, dawał jedzonko. A na mecie czekały dwie czekolady, przebierać nogami muszę.

Nooo, jest półmaraton! Czas na przerwę! Reszta najprawdopodobniej w środę. Ja musiałam cierpliwie czekać na czekoladę – miałam o wiele gorzej! ;)




You Might Also Like

0 komentarze