Ups.., We don't know which road leads to the finish line ! - Polmaraton Mierzecin

21:09:00

To będzie długi post. Dołujący. Jak Wam się nie chce czytać, to przejdźcie proszę do ostatniego akapitu i zapoznajcie się z nim :)

Pierwsze zawody w prawie rodzinnych stronach, nareszcie! Do Mierzęcina zdarzało mi się jeździć w niektóre weekendy - piękny pałac oraz spacer po tamtejszych ogrodach - uwielbiałam to miejsce. Teraz miałam okazję tam pobiegać, cieszyłam się bardzo, zwłaszcza, że miał to być mój pierwszy zawodowy bieg od maja. Zapisałam się i czekałam na 21.08.2016 r.!

Dzień przed półmaratonem jako kibic pojechałam z Kubą do Wolsztyna, gdzie rozgrywane były zawody w triathlonie. Świetna sprawa takie zawody, póki co powiem tylko, że bardzo mi się spodobało! ;)

Do domu wróciliśmy dość późno, bo dopiero o 22, a następnego dnia czekała pobudka o 5 i podróż do Mierzęcina Strzeleckiego. Rano okazało się że pogoda nie zachwyca, pada deszcz, na dworze jest tak ponuro. To dzień z tych, które powinno się spędzić w łóżku i przespać a nie przygotowywać się do biegu.. zacisnęłam jednak zęby i dzielnie porzuciłam jakiekolwiek myśli o łóżku; zaczęłam się ubierać i pakować walizkę.
Moje z reguły żółwie tempo z samego rana tym razem zawiodło i nie spóźniliśmy się na pociąg. Nawet zdążyłam zjeść na śniadanie 3 kanapki. Mimo całej tej początkowej niechęci (zawsze tak mam w dniu zawodów), z domu wyszłam już z dobrym nastawieniem. Do samego Mierzęcina pojechaliśmy pociągiem - ok 1.5 godz jazdy, więc gdyby bieg się odbył to nie byłoby źle ;)


Fot. T. Szwajkowski

W Mierzęcinie byliśmy ok. 8:30, w ok. 15 min dotarliśmy do Pałacu. Dobrze, że akurat tak wcześnie przyjechaliśmy - mieliśmy odpowiednią ilość czasu na znalezienie nieoznaczonego biura zawodów, depozytu i nawet startu.. po odebraniu pakietu startowego, przyczepiłam do koszulki numer startowy i poszłam się przebrać. Gotowa do startu niecierpliwie oczekiwałam godziny 10:00. W głowie pojawiały się różne myśli - że nie jestem odpowiednio przygotowana do biegu, że padnę w lesie - tak, tak, tu już się pięknie stresowałam. Kilkadziesiąt sekund przed startem zostawiłam Kubę i poszłam się ustawić do startu.

Fot. T. Szwajkowski
Fot. T. Szwajkowski

Pierwsze kilkaset metrów biegliśmy po trawie - było trochę ślisko po porannym deszczu, ale bez tragedii - nie w takich warunkach się już biegało przecież. Za chwilę był zakręt. Moim oczom ukazały się piękne wielkie kałuże. Biegliśmy więc po trawie, tuż przy ścieżce. Byłam niestety jednym z biegaczy, który czasem zbyt późno zobaczył, że jest kałuża i należy ją ominąć i w ostatniej chwili gwałtownie skręcałam na bok, mam nadzieję, że przeze mnie nikt nie wpadł w to błoto :D takie moje nagłe zwroty też miały dla mnie negatywne konsekwencje - kilka razy w ciągu biegu byłam o krok od upadku (raz się nawet potknęłam o korzeń albo co bardziej prawdopodobne o swoje nogi, więc naprawdę dziwi mnie, że w tym błocie nie leżałam) :D
Na pierwszym podbiegu - pewnie jakiś 3 lub 4 km - dogoniłam pana, którego wcześniej kazano mi namawiać do biegu, gdyż nie chciał wystartować ze względu na nieodpowiedni strój.  Na szczęście się przełamał i biegł! ;) krzyknęłam do niego, że cieszę się, że biegnie, życzyłam powodzenia i poleciałam dalej. Biegłam za jakimś Łowcą Życiówek, co prawda przed nim miał być maraton, ale trzymał akurat odpowiednie dla mnie tempo to się podczepiłam, a co !
Na ok. 5 km był pierwszy punkt odżywczy - dostałam wodę i banana, którego jadłam przez następny kilometr albo nawet i dłużej. Było super! Nic nie zapowiadało nieszczęścia, które ciążyło nad półmaratończykami i maratończykami..
Dalej biegłam leśnymi ścieżkami - wiecie już przecież, że takie zawody właśnie uwielbiam! Było pięknie! Co prawda trasa crossowa przez to błoto stała się trochę  bardziej wymagająca, ale mnie się podobało - w trudnościach się przecież kształtuje charakter :)
Gdzieś za 11 km był bardzo stromy podbieg. Podleciałam do biegaczy i ze śmiechem spytałam dlaczego nie biegną :D mhm, humor mi dopisywał. Wspinając się śmialiśmy się, że ten podbieg męczy nas bardziej niż cały dotychczasowy bieg. Na szczycie spytałam się jeszcze czy wiadomo coś o kolejnym punkcie odżywczym, bo nie pamiętałam, czy miało coś jeszcze być. Powiedziano mi, że chyba na 15 km powinna być co najmniej woda. I pobiegłam. Oni zostali - chcieli dłużej odpocząć po tym podbiegu :D
i tak dzielnie biegłam i wyczekiwałam tego 15 km, żeby się okazało, że to nie tu jest punkt odżywczy. Ktoś podrzucił myśl o wodzie na 17 km, więc tego się trzymałam. Ale ten 17 km był niczym fatamorgana na pustyni - niby jest, ale jednak nie ma..
Ostatni raz na prawidłowej trasie półmaratonu byłam na 16 km. Kilkaset metrów dalej kazano mi skręcić, co też posłusznie uczyniłam. I nagle na drzewach zaczęły pojawiać się dziwne liczby, tj. 27, 28.. Trochę za 28 km jak nie na 29 spora grupa półmaratończyków szła w kierunku przeciwnym do mojego biegu - wracali się. Kazali wracać. Wniosek: zabłądziliśmy! I wróciliśmy się do najbliższego strażaka stojącego na trasie, ale on nie miał pojęcia, gdzie nas kierować. Poszliśmy więc dalej, chcieliśmy wrócić aż do 16 km, który był ostatnim prawidłowym dla nas oznaczeniem.
Jak już dotarliśmy do tego miejsca, nadal nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Nie było nikogo, kogo można by się spytać o drogę. Tylko my i las, świetnie! Na szczęście ktoś miał telefon, na szczęście był zasięg, na szczęście złapał GPSa i wyznaczył trasę. I pobiegliśmy. Część poszła, bo nie miała sił. Ja starałam się biec, by być z kimś kto ma telefon, kto wie jak biec, żeby tylko nie zostać samej w lesie. Nagle ujrzeliśmy jakieś domy - a cóż to? Jakaś pani z okna krzyknęła nam że do Mierzęcina jeszcze 5 km - super, zwłaszcza gdy na zegarku już miałam dawno półmaraton za sobą!
Trochę jeszcze pobiegłam, ale załamałam się jak zobaczyłam tabliczkę z przekreśloną nazwą "Podlesiec" (jak jechałam pociągiem to zatrzymywaliśmy się tam na stacji). Przecież to jeszcze tak daleko!


Na metę mnie i 7 innych biegaczy podwieźli ludzie, którzy wcześniej stali na trasie i kibicowali biegaczom, dodatkowo motywując do biegu głośną muzyką z samochodowego radia (niestety nie pamiętam, co było napisane na samochodzie, wiem tylko że był niebieski), za co bardzo im dziękuję, gdyby nie oni przez kolejne 30 lub 40 min szłabym nie bardzo wiedząc gdzie, licząc, że na końcu tej drogi ujrzę metę :) W samochodzie spotkałam znów pana, który nie chciał startować ze względu na zły strój - przeprosiłam go i stwierdziliśmy, że mógł jednak nie startować :D oczywiście w samochodzie powtarzałam, że naturalnie mimo wszystko przekroczę linię mety biegnąc. Po opuszczeniu samochodu mieliśmy przed sobą do pokonania jeszcze dość spory kawałek, więc część przeszłam, zaczęłam biec dopiero koło Pałacu Mierzęcin. Po chwili usłyszałam Kibiców, był uśmiech na twarzy.




Fot. T. Szwajkowski

Fot. T. Szwajkowski

Kiedy jednak miałam odebrać medal coś we mnie pękło. Wróciły te myśli, które zaczęły towarzyszyć mi po 19 km, jeszcze przed powrotem. Tak bardzo chciałam pić, tylko tyle i aż tyle, przebiec półmaraton bez zbędnego zatrzymywania się, by pochwalić się czekającemu na mecie Kubie. I nie zdążyłam odebrać medalu. Łzy zaczęły mi lecieć po twarzy. Pani, która wręczała medale przytuliła mnie, za chwilę podszedł do mnie Kuba, kazał mi się uspokoić.. a we mnie było tyle żalu do Organizatorów..




Za chwilę dowiedziałam się, że Organizator zrezygnował z przeprowadzenia klasyfikacji drużynowej, generalnej i wiekowej, zaś osobom, które zajmowały się pomiarem czasu, zlecił liczenie osób, by zweryfikować czy wszyscy pojawili się na mecie.

.. czy tylko mi się wydaje, że w całym tym nieszczęsnym biegu wszyscy mieliśmy bardzo dużo szczęścia..?




Jak mogliście zauważyć w moich dotychczasowych relacjach nie doszukiwałam się żadnych błędów, czasem nawet przymykałam oko - jak przy krakowskim biegu niepodległościowym w 2014 roku..

Teraz jednak nie umiem. Po prostu nie umiem przejść obojętnie obok niedzielnego biegu, usprawiedliwić Organizatora i poklepać go po ramieniu pisząc, że za rok będzie lepiej. Nie chcę żeby było lepiej, bo nie chcę żeby z tymi Organizatorami odbył się w ogóle jakiś bieg!

Bieg był zorganizowany strasznie. Brakowało oznaczeń - poczynając już na tych wskazujących, gdzie start, depozyt, szatnie. Trzeba było iść przed siebie i szukać, może akurat się trafi. Co prawda w innych  biegach już takie coś stanowi niezły powód do narzekania, jednak w tym biegu było inaczej. Miliard innych, gorszych, powodów nasuwa się sam. I nie są to żadne na siłę wyszukiwane problemy, spójrzcie sami.

Półmaraton i maraton w Mierzęcinie to przykład jednego z najgorszych startów w jakim miałam okazję brać udział (nie wiem czy ktoś z Was pamięta 1 krakowski bieg niepodległości i spóźniony depozyt? To co działo się w niedzielę w lubuskim województwie to dopiero szaleństwo).
Jak już wszyscy na fejsbuku piękne napisali - brak oznaczenia trasy. Znaczy oznaczenie było, ale.. trasa maratonu i półmaratonu miały się pokrywać w dużej części. I z reguły na takich zawodach, zwłaszcza gdy rozgrywają się one w lesie są oznaczenia, dużo oznaczeń trasy i to w odpowiednich kolorach odpowiadających numerom startowym - dla mnie byłyby szarfy zielone. Ale po co tak komplikować życie - pomyślał organizator - lepiej zabawię się z biegaczami i dam wszystkie szarfy w jednym kolorze, wydrukowane strzałki oczywiście dla wszystkich dystansów niech będą czarne. A żeby było śmieszniej na trasie będę kazać stać strażakom nie mającym pojęcia co tam powinni robić. Nie, oni nie mieli tam tylko stać. Mieli kierować tak biegaczami by biegli odpowiednią trasa, zamiast tego albo nie kierowali w ogóle, albo kierowali źle, albo w ogóle ich nie było. (nie myślcie sobie, że obwiniam Strażaków, bo tak nie jest. Wiem, że nie mieli oni pojęcia jak przebiega trasa, powiedziano im ponoć tylko, gdzie mają stać.)
Przykre, ale większość półmaratończyków i maratończyków nie przebiegła prawidłowej długości trasy. Półmaratończycy przebiegli za dużo - niektórzy poczynając na 7 km więcej na 14 km więcej kończąc - taki półmaraton plus. Maratończycy natomiast mieli z reguły tych kilometrów trochę mniej - kończyli mniej więcej z 35 km w nogach (niektórzy dobiegali sobie te 7 km..) - taki maraton minus.

Im dalej w las tym gorzej, trzymajcie się! Później czas było na punkty odżywcze. Już pierwszy okazał się tragedią, dosłownie. Stoi sobie dwóch strażaków z 5litrowymi baniakami wody z rozstawionymi kubeczki. I niby fajnie co? No tak. Tylko w momencie gdy się tam pojawiłam te rozstawione kubeczki były puste (pomijam te z izotonikiem lub piwem. Nie wiem co tam faktycznie było, powiedzieli ze piwo - może dla żartu - a że nie piłam takich rzeczy to dzielnie czekałam aż Pan naleje mi kubeczek wody, albo chociaż pół..). (Tak, później obejrzałam zdjęcia z biegu i faktycznie dla czołówki biegu kubeczki były wypełnione wodą i strażacy ładnie podawali je biegnącym). I tak trochę na tym punkcie odżywczym czasu minęło. Nie wiem w czym problem był ponalewać tej wody trochę wcześniej, ale nic to.. banany zdążono pokroić na pół, żeby biegacze za dużo sobie nie wzięli, to się liczy! Oszczędność nieprawdaż? I to był 6km.

Na 11 kolejny punkt, kolejni strażacy. Tym razem było ich 3 - mieli i kubeczki przygotowane i stali tak, że nic tylko wyciągnąć rękę i porwać kubeczek, brawo! Ponoć punkt odżywczy miał być jeszcze na 15km ale nie było. Później usłyszałam że może na 17km będzie, ale tu już nie było dane mi dotrzeć.
Jak podwożono nas do mety to kierowca śmiał się że na jednym punkcie odżywczym półmaratończycy wypili wodę maratończykom i nikt tego nie uzupełnił, a po co, miało starczyć, że ktoś wypił wcześniej to wybaczcie takie życie - ot tacy źli jesteśmy wypijamy całą wodę! (haha, nie dość że wodę wypiliśmy, to jeszcze zabraliśmy maratończykom część trasy - achh, jakaż to wredota z tych półmaratończyków!)
Dalej w opowieściach słyszałam jeszcze lepszy motyw - punkt odżywczy wyglądał tak : był sobie las, w lesie stał stolik, na stoliku 5litrowy baniak wody. I koniec historii haha, żadnych kubeczków, nikogo z obsługi. Po prostu bierzcie i pijcie z butelki wszyscy..

Czas na szybką jazdę bez trzymanki! Około 500 biegaczy - łącznie na dwóch dystansach - zostało wypuszczonych w las bez zabezpieczenia medycznego na trasie. Owszem karetka stała sobie na starcie/mecie i nic więcej. W sytuacji gdy zawody rozgrywają się na takiej crossowej trasie, gdzie przez deszcz drogi zamieniły się w kałuże i często biec trzeba było trawą, śliską, co oczywiste, łatwo było o skręcenie chociażby kostki. I co? Nie miałam że sobą telefonu, z reguły na zawodach jak nie ma w regulaminie to nie biorę bo po co? I gdyby coś mi się stało to kuśtykałabym sobie do mety. Była taka jedna pani, co jej kolano się zepsuło. Chciała pomocy. I dostała ją, od strażaków zabezpieczających trasę: nie możemy skontaktować się z organizatorem, niech pani idzie do mety. I poszła, bo co miała robić?

Rozłożyło mnie na łopatki oświadczenie Aleksandry Peisert - jednego z organizatora - tak w skrócie sprowadziło się do tego: jesteście zwycięzcami. Jest mi przykro, ale wam jest pewnie bardziej. Przepraszam. Spróbujemy to zrekompensować, napiszemy na stronie co wymyśliliśmy. Koniec

Takiej beznadziejnej organizacji nigdzie nie widziałam. Poważnie ten krakowski niepodległości był o niebo lepszy!  Jak się ktokolwiek bierze za organizację biegu to niech to robi, może nie na najwyższym poziomie ale chociaż tak by nikomu na taką skalę nie groziło niebezpieczeństwo. Skoro ktoś bierze się za organizację biegu czy za inna w ogóle czynność, to mam prawo myśleć że jest specjalistą w tym zakresie. A że okazało się że sobie z tym wszystkim nie radzi to tylko jego wina. Teraz niech ponoszą konsekwencje, bo ktoś musi. I niektórzy piszą jak nie będą próbować to niczego się nie nauczą? Owszem niech sobie próbują ale nie na mnie, nie narażając moje życie, nie kosztem moich pieniędzy i mego czasu. Biegać po Mierzęcinie mogłam sobie za darmo. A koszulkę i medal? Mogę zwrócić.

A wiecie co jest jeszcze śmieszne w tym wszystkim? Biegacze maja prawo do zgłoszenia reklamacji w ciągu 2 dni od odbycia biegu a Organizatorzy dali sobie 3 dni na oświadczenie jak nam straty zrekompensują. Dnia 23 sierpnia 2016 roku Organizator Tomasz Peisert oświadczył, że jak napiszemy, że chcemy zwrotu pieniędzy, to zwrócą nam część poniesionej opłaty startowej. Haha. Tak, racja, to już nie śmieszne. To żałosne. Jak cały ten niedzielny start w Mierzęcinie.


I pomyślicie że się czepiam albo po prostu jestem nieodpowiedzialna ufając niewłaściwym ludziom? Owszem z tym drugim się po części mogę zgodzić. Co do pierwszego - zaufajcie komuś, kto mówi że będzie bezpiecznie, trasa będzie prawidłowo oznaczona z punktami odżywczymi i pomocą medyczną i wybierzcie się do Lasu, którego nie znacie, gdzie okaże się, że jesteście zdani sami na siebie, bez telefonu i jakiejkolwiek pomocy, fajnie nie? No właśnie nie bardzo..

To nie był fajny bieg, raczej zmarnowany czas i nerwy - bardzo się zawiodłam oczekując profesjonalizmu od Organizatora. Owszem nawiązało się dużo znajomości, zwłaszcza podczas poszukiwań prawidłowej trasy prowadzącej do mety, ale nie do tego zgodnie z regulaminem był zobowiązany Organizator.

Bezczelność Organizatora, kiedy jest już po wszystkim nie ma granic :D Najprawdopodobniej dnia 23 sierpnia zmienił sobie regulamin w ten sposób, że Pałac Mierzęcin, który dotychczas wpisany był jako jeden z Organizatorów Biegu, stał się nagle jedynie Partnerem biegu.


Ależ to wszystko śmieszne. Szkoda tylko, że prawdziwe..



I na koniec, mam nadzieję, że dobrnęliście.. :) jeszcze tylko wspomnę, że jest pewien fotograf - Tomasz Szwajkowski - którego zdjęcia znaleźć możecie m.in. w moim dzisiejszym poście (poza tymi z medalem). Co prawda, dla niego wystarczającą zapłatą jest sama świadomość, że może kogoś tymi zdjęciami uszczęśliwić. Bezinteresownie pojawia się na zawodach upamiętniając chwile, kiedy walczymy ze swoimi słabościami - i co najważniejsze udostępniając nam za darmo pamiątkowe zdjęcia, za które niejeden Fotograf życzy sobie kilkadziesiąt złotych.
Teraz zamarzyło mu się mieć nowy sprzęt, by robić biegaczom i nie tylko kolejne, coraz to lepsze (da się?) zdjęcia. Za jego dotychczasową postawę , możemy się mu odwdzięczyć wpłacając na rachunek bankowy chociażby złotówkę ! Podsyłam link ii https://zrzutka.pl/ddm349 działajmy, bardzo mało już brakuje :)

You Might Also Like

8 komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. No niestety.. ale teraz wiem, że trzeba jednak wybierać biegi w Małopolsce :D

      Usuń
  2. Widzę że ktoś nie ma pojęcia o czym w ogóle pisze. Rozumiem rozgoryczenie ale w słowach o strażakach mija się Pani z prawdą. Strażacy zabezpieczają bieg pod względem medycznym lub bezpieczeństwa pilnują aby nikt na trasę biegu nie wjechał. Nie jest ich zadaniem kierowanie biegaczami. To należy do organizatora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że ktoś nie był na tym biegu :)
      Owszem, prawdą jest, że z reguły Strażacy zabezpieczają bieg, jednak czasem, na polecenie Organizatora, przypada im też rola kierowania biegiem czy też podawania biegaczom wody.

      Usuń
  3. no cóż, Twoja wina - zaufałaś niewłaściwym ludziom, po prostu.
    Ale serio - współczuję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratulacje :) Życzę kolejnych sukcesów.

    OdpowiedzUsuń