If I don't try.. 11.09.2016 - 34. PKO Wroclaw Maraton

20:26:00

To, że jeden maraton mam już za sobą, to wiecie. Jednak o moich dziwnych biegowych planach Wam nie wspominałam - zawsze piszę o tym co było, a nie co będzie i tego się trzymajmy. Oto część mojego biegowego planu - Wrocław Maraton ;)

Do stolicy Dolnego Śląska wybraliśmy się z Kubą Polskim Busem (moja pierwsza podróż z tym przewoźnikiem!). Podróż minęła mi bardzo szybko - podziwiałam sobie okolice - na tyle na ile oczywiście na autostradzie można coś podziwiać i wmawiałam sobie, że nie umrę z głodu, ze wytrzymam do końca drogi :D

Plan mieliśmy taki: najpierw jedziemy po pakiety, a następnie do hosteli zostawić rzeczy i później coś pozwiedzamy i wreszcie będzie czas na jedzonko! Na Stadion Olimpijski podjechaliśmy tramwajem, udaliśmy się każdy do odpowiedniego stanowiska i dostaliśmy swoje numerki startowe! Po odebraniu pakietu podszedł do mnie Pan szukający ludzi, którzy zgodziliby się pobiec dla Szymka (akcja PKO). Ja oczywiście chętnie przystałam na tę propozycję - podałam swoje dane, podpisałam się i dostałam karteczkę do przyczepienia do koszulki.


Później poszliśmy odebrać koszulki 4F, zaopatrzyłam się na targach EXPO w żele SQUEEZZY. To chyba tyle, czas przestać myśleć o jutrzejszym starcie. Jak pomyślałam, tak nie zrobiłam. I ciągle wracałam do tego jaka będzie trasa, czy pogoda nie okaże się być aż tak straszna jak zapowiadali,  jak poradzę sobie ze słońcem..

Szybko pojechaliśmy do hosteli, zostawiliśmy rzeczy i zaczęliśmy zwiedzać miasto krasnoludków <3


Dzień minął mi zdecydowanie za szybko, nim się obejrzałam byłam już po pizzy, niedobrej makaronowej brei oraz prelekcji. Na dworze zrobiło się ciemno - czas uciekać spać.. w nocy budziłam się co 2 godziny z przerażeniem, że zaspałam. Oczywiście obudziłam się przed czasem, przed 6 zwlokłam się z łóżka i zaczęłam przygotowania. Na śniadaniu porozmawiałam z maratońską debiutantką, na korytarzu zderzyłam się z olbrzymią kratą (poważnie jej nie zauważyłam czy już czyhałam na własne życie?) - niemniej jednak skutecznie się znieczuliłam - już nic mi nie było straszne!

We Wrocławiu w dniu biegu panowały afrykańskie warunki. Temperatura przekraczała 30 stopni (przy ziemi było ponad 50..), a my musieliśmy pokonać 42 kilometrową nasłonecznioną trasę. Nie lubię biegać w taką pogodę, zawsze łatwiej mi jest, gdy temperatura jest o wiele niższa, żeby nie powiedzieć że poniżej zera :D no ale jak już się człowiek zapisał na zawody, to musiał biec !

Przed startem, ostatnich kilka minut było dla mnie dość stresujących - mimo że włączyłam odpowiednio wcześniej zegarek, wyjątkowo miał problem ze znalezieniem GPSa :( żeby było mu łatwiej wyszłam ze strefy startu z nadzieją, że to w jakiś sposób pomoże, ale niestety. Wróciłam na swoje miejsce i czekałam na start, nastawiając się jednak na bieg bez zegarka. Na szczęście po tym jak wyruszyli zawodnicy na wózkach opamiętał się, znalazł GPSa - mógł biec!

Aaa, to się zaczyna! Kolejny raz.. :)

Na pierwszym punkcie odżywczym przegapiłam miski z wodą i nie poratowałam się mokrą czapką czy też gąbką. Myślałam, że jeszcze na końcu punktu będą miski, ale niestety, pomyliłam się. Wzięłam sobie tylko izotonik, napiłam się i pobiegłam dalej. Zaczynało mi się robić bardzo gorąco, żałowałam, że nie cofnęłam się do z zimnej wody, ale było już za późno. Mogłam tylko czekać na kolejny punkt i tym razem nie zaprzepaścić takiej szansy na ochłodę!

Tak sobie biegnąc doczekałam się upragnionej wody do odświeżania! Uff, jaki to był szok dla organizmu i ulga jednocześnie, gdy oblewałam się wodą (pff, a Kuba mówił, żebym nie brała czapki - są plusy tego, że się go nie słucha  :D). Woda, która została w czapce najpierw wylądowała na mnie, następnie zanurzyłam ją jeszcze raz w wodzie, zamykając oczy i zaciskając zęby narzuciłam ją sobie na głowę, brrr, jak chłodno w taki upał się nagle zrobiło! Dalej zgarnęłam kubeczek z izotonikiem, z wodą tym razem też wzięłam, ale z innym przeznaczeniem - do polewania karku ;) miło było jak nawet wolontariusze nam kibicowali. Mimo że sami kilka godzin stali w pełnym słońcu, powtarzając ciągle "woda, izo, cukier, polać wodą?" na ich twarzach gościł uśmiech, ich entuzjazm udzielał się zmęczonym biegaczom.

Chwilę po minięciu chorągiewki z 23 km poleciałam do toitoia - to taka nowość w moim biegu, ale tak to już bywa gdy człowiek na zawodach za dużo pije - a tak straszono, że się można odwodnić :D

Na poboczu coraz więcej widać było leżących zawodników, nad którymi nachylali się ratownicy medyczni, coraz więcej słychać było karetek jadących na sygnale. Z jednej strony bałam się, że niedługo sama wyląduję na trawie, ale z drugiej większe obawy miałam o zdrowie Kuby - na trasę nie wziął ze sobą niczego do jedzenia i picia, nie pamiętałam dokładnie czy planował coś pić na punktach odżywczych. Wiedziałam wtedy tylko, że walczył o życiówkę, co w takich warunkach mogło skończyć się bardzo źle. I tak biegłam sobie zastanawiając się czy ujrzę go na mecie całego i zdrowego (uspokoiłam się dopiero, gdy faktycznie go zobaczyłam)..


Nie pamiętam dokładnie, kiedy pierwszy raz przeszłam do marszu (pomijając marsz przy punktach odżywczych). Moje zatrzymanie wzbudziło jednak zainteresowanie Pana w różowej koszulce z napisem OSOM, za którym to dość długo dane było mi biec, a następnie nawet wyprzedzić :D spytał się czy wszystko w porządku, zaproponował butelkę wody, ale ładnie podziękowałam - w końcu miałam jeszcze trochę napoju w bukłaku.

Z kibiców ktoś krzyczał, że jest super, ale jak mam zamiar iść, to żebym chociaż szybciej maszerowała :D
Jakiś Biegacz mijając mnie, krzyknął "ooo, znów się mijamy". Automatycznie postanowiłam za nim pobiec. Z marszu przeszłam do biegu i trzymałam się go przez następnych kilkaset metrów, do czasu aż przestał biec. Krzyknęłam do niego, by biegł dalej, ale tylko uśmiechnął się i szedł dalej. No cóż, pobiegłam sama, bo przecież jeszcze mam siłę. 

Następnie, gdy przy punkcie odżywczym wyciągnęłam sobie w końcu żel, jeden z Biegaczy krzyknął mi smacznego :D a za chwilę zaczął opowiadać, że żele te są niezdrowe i poleca na trasę zabierać rodzynki w czekoladzie, bo mają takie samo działanie, a nie ma w nich tyle chemii. Próbowaliście już kiedyś czegoś takiego..?

No to co, najwyższy czas na prawdziwy maraton przy ponad 30 stopniowej temperaturze!

Gdzieś na 36 km się poddałam. Po prostu zeszłam na bok trasy i zaczęłam płakać. Ktoś podbiegł z tyłu klepnął mnie w ramię. Za chwilę pojawiło się dwóch biegaczy, którzy zaczęli mówić, żebym się nie poddawała, bo już niedługo koniec. Zaczęłam biec z nimi, mimo łez i tego, że nie mogłam złapać oddechu przez płacz. Ale biegłam, to najważniejsze. Spytali się co się stało, że się zatrzymałam. A ja, że zawsze płaczę na zawodach, bo siły mam, mięśnie jeszcze nie bolą, tylko ta głowa.. z nią jest coś nie tak :D Nawet nie dali mi odczuć, że ich w jakikolwiek sposób spowalniam, twierdzili, że i tak nie mają szans na życiówkę, więc nie ma znaczenia, czy przybiegną te 5 min szybciej. Na 39 km Tomek zauważył ten genialny transparent "Dobiegłeś dalej niż Szost w Rio" - ja bym tego nie dojrzała taka skupiona byłam na stawianiu kolejnych kroków :D



Za chwilę był punkt odżywczy, myślałam, że tutaj się rozdzielimy i każdy pobiegnie już sam (o nie!). Podeszłam do miski z wodą zanurzyłam czapkę, wrzuciłam ją sobie na głowę, poszłam po izotonik i byłam gotowa. Jak miło było zobaczyć, że Tomek z Markiem się za mną oglądają i uśmiechają! Uff, zrobiło mi się lżej na sercu i wiedziałam, że dotrwam do mety! Na ostatnich 2 km przeszliśmy do marszu, żeby się nie okazało, że skazani będziemy na marsz na ostatniej prostej :D po kilkuset metrach stwierdziliśmy, że czas na bieg, już do mety.. tę drogę znałam - jeździłam tędy tramwajem do Biura Zawodów! Za chwilę przebiegliśmy linię startu i zaczęliśmy biec ostatnią prostą. Marek robił Koronę Maratonów, więc odłączył się pod koniec od nas żeby zgarnać koronę i medale.
Jeszcze chwila. Meta już tuż, kilka kroków! I koniec! Przebiegłam i dostałam medal!!!



Było ciężko, ale dałam jakoś radę. Za chwilę podszedł Tomek, by pogratulować, że ukończyłam bieg, się nie poddałam i pobiegłam z nimi do mety, stwierdzając, że niejedna osoba by nie wytrzymała z nimi tych ostatnich 6 km. Ja ze swej strony bardzo im dziękuję, nie wiem jak dotoczyłabym się te kilka ostatnich kilometrów sama..

Zaczęłam rozglądać się za Kubą. Nie było go w umówionym miejscu, więc chciałam jak najszybciej pobiec do depozytu (znaczy najpierw musiałam zgarnąć izotonik i pamiętajcie, że "najszybciej" po 42 km nie byłoby zbyt szybkie :D) , wziąć telefon i zadzwonić do niego, by dowiedzieć się czy wszystko w porządku. Na szczęście nie musiałam, czekał na mnie przy wyjściu ze strefy mety. Można było się w końcu przytulić i odetchnąć.

Uff, teraz mogłam już z całą pewnością uznać 34 PKO Maraton Wrocławski za zakończony. I to pozytywnie zakończony :)


You Might Also Like

4 komentarze