It's your war - 38. PZU MARATON WARSZAWSKI

11:35:00

25 września czekał mnie kolejny maraton, tym razem w Warszawie. Jako że było to dwa tygodnie po Wrocławiu, tydzień po dłuższym 20 kilometrowym wybieganiu w Lasku Wolskim, mogłam się spodziewać, że łatwo nie będzie, ale z nadzieją patrzyłam na mapę biegu i chociażby na mój tatuaż na ręku. Co ma być to będzie, pomyślałam, gdy K. kazał mi się ustawić za prowadzącymi na 4:00 - przecież ja nie mam tyle sił w nogach, pomyślałam. Ale cóż robić - to się już zaczęło..

Pierwsze kilometry przebiegły dość dobrze. Były uśmiechy, czasem zamieniliśmy słowo. Normalnie niech tak będzie przez całe 42 km, a byłoby super. Pierwszy punkt odżywczy z wodą - napiłam się i pobiegłam dalej. Zaraz dołączył K. Powiedziałam mu żeby trzymał tempo i weryfikował czy dobrze biegniemy. Trochę podziwiałam sobie Warszawę, trochę patrzyłam pod nogi - czasem łatwiej mi się biega, gdy mam pochyloną głowę. Na jakichś mniejszych kryzysach K. przytulał, czy mówił cokolwiek, dzięki czemu po dłuższej chwili gorsze myśli uciekały, a ja dalej mogłam cieszyć się biegiem.

Nie wiem kiedy, ale zeszłam na bok trasy. Ukucnęłam i zaczęłam płakać. Bolały mnie uda, kolana, jeszcze łydki zaczynały się dziwnie napinać - czyżby skurcz? Miałam wrażenie, że brakuje mi już sił na walkę z bólem. Widziałam też, że K. zaczyna się irytować bardzo. Gdzieś tam zaczął mówić, że jak mam się zatrzymywać, to żebym przechodziła do marszu i nie płakała. Później słyszałam jak mówi, że więcej nie biegnie ze mną, a o półmaratonie z nim mogę pomarzyć.

Starałam się tego za bardzo nie słuchać, bo na maratonie każdy się męczy, każdy irytuje. Skupiałam się na innych rzeczach. Np. wiecie co, najlepsze jest to, jak kibicom uda się dojrzeć Twoje imię na numerze startowym i kibicują Tobie personalnie! Jest mi wtedy tak miło, czasem się wzruszam, czasem uśmiecham, ale za każdym razem jestem wdzięczna, że są i wspierają biegnących. To jest piękne.

Aż wreszcie przebiegliśmy koło 36 kilometra. Ja tu chyba akurat szłam albo biegłam i się nagle zatrzymałam. Nie wiem, nie pamiętam dokładnie. Z tą tylko różnicą, że K. przyspieszył, pobiegł sobie ode mnie. Wyobrażacie sobie? Na ostatnich 6 km zostałam sama.. Z niedowierzaniem patrzyłam jak się oddala, aż w pewnym momencie zniknął za zakrętem. Aż tak się na kimś zawieść?Nie wytrzymałam, łzy zaczęły mi same lecieć z oczu - z bólu i strachu - przecież nie miałam biec sama.. Zaczęłam sobie wszystko kalkulować, rozważać za i przeciw. Z jednej strony poczułam ulgę, że nie muszę się spinać na wynik - bo K. chyba naprawdę myślał, że na tych zawodach osiągnę coś więcej. Ale z drugiej tak jakoś dziwnie było - nie spodziewałam się takiego zachowania, przynajmniej nie z jego strony, nie na zawodach, nie w takim momencie. Nim się obejrzałam policzki mokre od łez mi wyschły, oddech się uspokoił - byłam gotowa. Gotowa do pokonania prawdziwego dla mnie maratonu. Już nie byłam podłamana, wiedziałam, że będzie ciężko, ale wiedziałam też że prędzej czy później dobiegnę do mety, dam radę. Wystartowałam powoli, jeszcze wtedy z nadzieją, że K. może się opamięta, zrozumie, poczeka na punkcie odżywczym. Dotarłam do 40 km, zgarnęłam sobie picie, kostki cukru. Po K. nie było ani śladu. Nie? To nie. Szkoda, bo wspólne  przekraczanie mety było super, trudno (no dobra, na trasie pozłościłam się bardziej, ale to zostawię dla siebie). Wbiegłam sobie powolutku na most i już zmierzałam do mety. Chciałam jeszcze odpocząć między 40 a 42 km i gdzieś się zatrzymać. Ledwo przeszłam do marszu z tyłu usłyszałam głos "Dawaj, dołącz do nas". Spojrzałam w lewo, troszkę zdziwiona, ale przystałam na tę propozycję. Spytałam jeszcze tylko w jakim tempie chcą biec - odpowiedź była troszkę lakoniczna "w takim jak teraz". No to ruszyłam z nimi. Zaczęliśmy troszkę rozmawiać (kurcze, skąd ja miałam siłę to nie wiem??) To był pierwszy maraton Michała i całkiem dobrze mu szło. Przed metą jednak usłyszałam - "dobra Ola, biegnij dalej do mety, ja już nie mam sił". No nie, tego było już za wiele! Chce się poddać przed metą - tak nie można! Mówiłam mu, że przecież już widzi metę, że to już prawie koniec, ale nie może się poddać. I nie poddał, przyspieszył nawet troszkę. I dobiegłam! Michał też dobiegł. Przybiliśmy piątki! I zaczęłam szukać medali. Aż mój wzrok padł na stojącego przede mną mężczyznę. K czekał.. Nie wiedziałam co zrobić - złość zmieszała się z radością z ukończenia biegu. Wręczyliśmy sobie nawzajem medale.

Czy się zawiodłam? Początkowo myślałam, że tak. Ale po dłuższej refleksji jestem w jakimś stopniu w stanie zrozumieć, w końcu to maraton i wysiłek dla każdego. 

Jedną z nauk, które wyciągnęłam z Maratonu Warszawskiego, a którą chcę się z Wami podzielić jest to, żeby mimo wszystko bez względu na to co usłyszycie, samemu kontrolować tempo, dystans. I nie zrzucać tego obowiązku na kogoś innego. To w końcu Wasz bieg. Ktoś może Wam towarzyszyć, ale równie dobrze mimo doświadczenia może paść na trasie i zostaniecie sami. Polegajcie tylko na sobie, ktoś może być dla Was wsparciem, ale nie przebiegnie za Was dystansu, ani nie przekona Was że warto walczyć, jeśli sami nie będziecie w to wierzyć przez cały bieg. A ja mimo całego tego wcześniejszego żalu, jestem wdzięczna. Bo dzięki temu uwierzyłam w siebie i teraz wiem, że bez względu na to co by się nie działo dam radę - i psychicznie i fizycznie. SAMA.


Jestem silna.


A teraz, ja i moje bolące nogi zastanawiamy się w końcu nad jakąś życiówką i nad jeszcze jednym szalonym pomysłem..

You Might Also Like

5 komentarze

  1. Życzę powodzenia i czekam na kolejną notatkę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. W sumie to tak, chociaż czasem mam nadzieję, że Biegacze są po prostu "inni" ;)

      Usuń
  3. Ano tak, ja bym się zezłościła gdyby mi ktoś tempo dyktował ,nieraz znajomy mi mówi : złam taki czas , zmieść się w tym czasie etc.a ja nauczyłam się nie przejmować tym , co komuś we mnie pasuje czy nie pasuje i biegnę swoje.

    Gartuluję Ci przebiegniętego maratonu i walcz dalej. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń