Come and listen.. - 10. PZU Bieg Trzech Kopców

20:20:00

Wiem, ostatnio u mnie na blogu zamieszczam głównie relacje z zawodów (tak, mam jeszcze ich kilka do opisania..) i tym razem też Was nie zaskoczę! 

Wspomnienia z niedzielnego (dawnego już trochę) startu czas przywołać !


Bieg Trzech Kopców 2 lata temu był dla mnie marzeniem. Rok temu udało mi się wziąć udział i wiedziałam, że jak wszystko pójdzie zgodnie z moimi oczekiwaniami, to stanę się stałym uczestnikiem! 

Mimo że za często nie biegam w Lasku Wolskim, a szkoda, bo pięknie tam jest - wiosną (szczególnie, bo o tej porze roku tam zaczynałam..), latem, jesienią (czyli teraz - pięknie kolorowo i jeszcze słońce, które sprawia, że wszystko jest tam piękniejsze) no i zimą (poza butami muszę zainwestować w czołówkę!) i tak określam go "swoim" miejscem.

Przed startem biegu znaleźć miałam Justynę, co było nie lada wyzwaniem biorąc pod uwagę liczbę zgromadzonych przy Kopcu Kraka biegaczy. Zrezygnowana, na kilka minut przed startem stwierdziłam, że jak nie na trasie, to chociaż może na mecie się spotkamy, udałam się do strefy startu, by ustawić się gdzieś w połowie. Jakie było moje zdziwienie, gdy przypadkowo natrafiłam na Justynę. Powiedziała mi tylko, że chce lecieć na życiówkę, że jednak będzie próbować z tempem 5:00. Echh, to nie dla mnie, pomyślałam, ale stwierdziłam że ile dam radę to pobiegnę z nią, najwyżej pobiegnie szybciej.


Za chwilę był juz wystrzał oznajmiający początek biegu. Zaczęliśmy tłumem, póki co dość spokojnie, zbliżać się w kierunku startu. Po przekroczeniu linii zaczęła się walka.. kto pierwszy ten lepszy, walczę o czas, gdzieś mam was drodzy biegacze, jestem najważniejszy/a - chyba o tym myślała większość już na pierwszym zbiegu taranując siebie nawzajem. Ścisk był duży. Z Justyną w zależności której udało się biec pierwszej, wzajemnie kontrolowałyśmy obecność, by się nie zgubić. Dotarłyśmy do kładki Bernatka (tu jest mój z reguły 2 km i tu mam też swoje tradycyjne bóle brzucha) i Justyna stwierdziła, ze jednak odpuszcza tak szybkie tempo i lecimy jak planowałyśmy dzień wcześniej. Potwierdziłyśmy ustalenia, że trzymamy się razem, przybiłyśmy piątki na zgodę i poleciałyśmy ;D

i przez Bulwary się przeczłapałyśmy, z Aleją Waszyngtona było tak samo - kurcze, jeszcze trochę a będę mogła tam biegać z zamkniętymi oczami, a i tak mi się nie znudzą, ani biegowo ani spacerowo! Za chwilę był 7 km i punkt odżywczy. Zabrałam Wolontariuszom butelkę wody, której sama nie byłam w stanie odkręcić - tu należą się podziękowania Wolontariuszowi czy też kibicowi, który odkręcił mi tę nieszczęsną butelkę. Podratowałyśmy się dodatkowo dextrozą i poleciałyśmy dalej, z pełnymi butelkami, a co, kto zabroni robić z obciążeniem podbiegów :D za jakiś czas napiłyśmy się skradzionej wody i odłożyłyśmy tak, by jakiś biegacz mógł jeszcze z wody skorzystać..

Pobiegłyśmy dalej. Powolutku, bo ciężka część trasy przed nami. Za chwilę miał zacząć się mój ulubiony zbieg. Powiedziałam Justynie, że ja polecę go szybciej, bo uwielbiam ten wiatr we włosach, ale że poczekam na nią i niech sobie biegnie spokojnie i ostrożnie. I za przyzwoleniem zaczęła się przygoda. Wyprzedziłam sporo osób zbiegając tak szybko jak tylko mogłam. Jakoś szczególnie nie patrzyłam pod nogi, zaufałam sobie, że wiem co robię i bez hamulców spadałam w dół.. jak dziwnie było zacząć biec po płaskim, gdy nogi były takie fajne, lekkie na zbiegu.. pobiegłam bardzo powoli dalej tak, by Justyna mogła mnie dogonić. Myślałam, że daleko nie jest. Ale ja już wtoczyłam sie na kolejną górkę, a ona się nie pojawiła jeszcze. Przeszłam do marszu, zatrzymując się co chwilę i patrząc czy nie nadbiega. Pomyślałam, że może jednak już mnie minęła, a się nie rozpoznałyśmy? ;/ Za chwilę nadbiegł Krzysiek, z którym biegłam w tamtym roku. Spytałam go czy widział Justynę. Odparł że tak, że biegnie gdzieś tam i zaraz powinna być. Uff. Zaraz też ją dojrzałam, krzyknęłam żeby biegłaa do mnie :D

Najgorszy dla mnie był ostatni fragment trasy - nie ten podbieg przed kopcem na który wszyscy albo większość narzekała. Fakt, był ciężki, ale na niego się psychicznie przygotowałam i wiedziałam że szybko się skończy. Natomiast ostatnie okrążenie kopca było dla mnie katorgą. Niby sił już nie miałam (zaczęłam nawet żałować, że nie odpoczęłam gdzieś przed kopcem!) i niby meta powinna być blisko, ale biegłam, biegłam.. ii biegłam.. a mety jak nie było tak nie ma :(

Czułam się prawie tak, jak na nieszczęsnych Błoniach, które końca nie mają. Ale tam to przynajmniej widać metę.. przy kopcu Piłsudskiego się biegnie ii biegnie, prawie na oślep..

Na szczęście nie było tu uciekającej mety, stała i czekała, bym dzielnie ją przekroczyła. Tradycyjnie z uśmiechem na twarzy, mimo zmęczenia i kryzysu na ostatniej prostej.

I tak właśnie się stało, że 10. Bieg Trzech Kopców jest już za mną i to z nową życióweczką!



Natomiast, 11. Bieg Trzech Kopców przede mną! Bo jeśli zdrowie pozwoli, to będę. Muszę być, bo tam jest super!


P.S. i nie, jeszcze babeczek dołączonych do pakietu startowego nie upiekłam, czekają na swoją kolej!

You Might Also Like

1 komentarze