Over and over again... - 3. PZU CRACOVIA POLMARATON KROLEWSKI

00:13:00

Jak rok temu był problem z podjęciem ostatecznej decyzji o starcie w Półmaratonie Królewskim, tak w tym roku było pewne, że w tym biegu wezmę udział, a to ze względu na Krakowską Triadę Biegową (miałam ukończone już dwa biegi, więc nie mogło być wątpliwości co do zapisów na półmaraton) a także na to, że miał być to nasz kolejny start i taka mała rocznica - to właśnie z tym biegiem zaczęła się moja półmaratońska przygoda.


Dzień przed półmaratonem pojechaliśmy z Kubą odebrać pakiet startowy, pooglądaliśmy troszkę expo, zahaczyliśmy o dom, żeby zostawić rzeczy i biorąc ze sobą jedynie numer startowy skierowaliśmy się na Rynek, ot tak poszwendać się, pogoda była ładna, więc trzeba korzystać. Pod wieczór pojechaliśmy na sushi party ! Moje pierwsze sushi tak swoją drogą ii przyznać muszę, że przepadłam! Trochę żałowałam, że takie jedzenie było akurat przed biegiem, zwłaszcza, że coś tam wspominałam o jakichś życiówkach na półmaratonie. Ehe, jasne, po sushi chyba sobie popłynę a nie przebiegnę z dobrym czasem. Ale co tam, kto by się tym przejmował wieczór przed biegiem, przecież do startu tak daleko.. czyżby?

Mój dzień..
W dniu zawodów nie obudziło mnie piękne słońce. Zamiast tego przywitał mnie deszcz i chłód. No no no, czyli tak się bawimy droga pogodo? ;/ jak nie upały to deszcz.. powoli zaczęły się przygotowania, zrobiliśmy śniadanie, ubraliśmy strój sportowy i to chyba na tyle. Trochę pokręciłam się po mieszkaniu zestresowana, ale byłam gotowa. Czy do pobicia życiówki, to nie wiem, ale do samego biegu jak najbardziej. Cieszyłam się, że to już dzisiaj!


https://www.facebook.com/CracoviaMaraton/
Na linii startu ustawiliśmy się jak na nas wyjątkowo bardzo wcześnie - jakąś minutę przed startem :D udało mi się uprosić Kubę, żebyśmy jeszcze trochę się cofnęli, bo wydawało mi się, że stoję raczej wśród o wiele szybszych ode mnie biegaczy.. Za chwilę zaczęło się odliczanie i powolne zbliżanie się do linii startu, którą przekroczyłam z pewnymi obawami, ale to nie czas już był na myślenie, to był czas, by biec

W jedną stronę.
Trasę znałam z ubiegłorocznych zawodów - wiedziałam, gdzie będzie wąsko, gdzie będą Nieszczęsne Błonia i którędy biegnie się z Bulwarów do mety. W tym jednak roku średnia przepustowość trasy dawała mi się we znaki. Na siłę szukaliśmy z Kubą jakiejkolwiek możliwości wyprzedzenia wolniejszych Biegaczy, zajmujących całą szerokość trasy. Biegliśmy sobie więc krawężnikiem przez Most Kotlarski, trochę się bałam, że skręcę kostkę, ale przecież - kto nie ryzykuje nie zyskuje, nieprawdaż? :) Kuba się oglądał czy się nie zgubiłam, czy nadążam, ale ja byłam ciągle tuż za nim, więc mógł biec spokojnie.  Przy okazji pozdrawiam Panią, która podcięła mi nogi  przed pierwszym zbiegiem na Bulwary i nawet nie była w stanie wykrzesać z siebie słowa przepraszam (jakoś ostatnio odnoszę wrażenie, że coraz więcej Biegaczy staje się strasznymi snobami i skoro biegają - wolno czy szybko - są już lepsi od innych, nawet tych biegnących).

ALARM ! Czy dasz radę?
Pierwszy zbieg na Bulwary był zły! Większość Biegaczy na to narzeka. Całe szczęście, że postanowiliśmy pierwszy punkt odżywczy po prostu ominąć i poczekać na kolejny na Błoniach. Przez to, że zgromadziło się wokół stolików tylu biegaczy ci, którzy chcieli biec dalej bez postoju bądź też chcieli biec dalej po krótkim postoju mieli niezwykle utrudnione zadanie. Żeby biec swoim tempem, zmuszeni byliśmy biec trawą - śliską - ot taką, jaka jest w czasie deszczu, z dziurami co jakiś czas. Powtarzałam sobie tylko "bieeegnij", nie myśląc z jakim ryzykiem się to wiąże..
Na szczęście bezkontuzyjnie udało się pokonać ten fragment trasy, wybiegliśmy już na szerszą drogę i zmierzaliśmy wprost w Błonia, przemierzając biegiem tę trasę, którą z reguły pokonuję autobusem, jak już uda mi się zebrać w sobie i wybrać się na parkrun (achh, tak szybko się wtedy jedzie!). Koło Jubilatu spojrzałam na wyświetloną na budynku godzinę i temperaturę - nie wiem czemu, ale zawsze tak robię gdy biegam czy jadę w tych okolicach :D i biegłam tak sobie alejami myśląc, że za chwilę wpadnę w sidła Błoń, na szczęście tuż na początku byli kibice z Night Runners, to wpadało się w te sidła o wiele przyjemniej. Jak sobie wmówiłam tak też było - a było ciężko pod koniec. Albo nie, inaczej, było tak jak zwykle - nudno.. Kuba pilnował tempo, ku mojemu zaskoczeniu powiedział nawet że czas zwolnić? Czyżbym aż tak bardzo chciała już stamtąd uciec, że nawet byłam w stanie przyspieszyć? Chyba całkiem prawdopodobne! Uff, jaką ulgę poczułam, gdy już za chwilę miałam je opuścić! Już miałam za chwilę zacząć latać z uśmiechem, ale w porę okazało się, że oczywiście złe Błonia musiały dorwać także i umieszczony tam punkt odżywczy, do którego szybciej podleciał Kuba, by wziąć co trzeba, a zamarzyły mi się tabletki dextro!, a których jak na złość już nie było :(
 
 SUKCES NIE PRZYJDZIE SAM..
W jednej chwili cały mój bieg się zepsuł. I jak miałam jeszcze siły, tak zupełnie mi się odechciało biec, wybiłam się z rytmu. Co prawda Kuba wziął chociaż izotonik, ale to nie to samo, nie da aż tyle energii. Ubolewałam w duszy nad swoim brakiem rozwagi - czemu nie wzięłam swojego jedzenia na trasę :( biegło mi się ciężko. Przez najbliższych kilkaset metrów cały czas myślałam o tym, że nie będzie życiówki, że będzie już tylko gorzej :( od tych myśli nie mogłam się oderwać, zwłaszcza że na ziemi widziałam pogubiona przez szybszych biegaczy dextrozę. Echh.. Zaczęła się jednak w moim biegowym umyśle jakaś lucida intervalla, dzięki czemu udało mi się przejrzeć na oczy i zrozumieć, że ja dam radę to przebiec, z jedzeniem czy bez. Za chwilę wbiegliśmy na Rynek - ja i Kuba i kibicujący nam ludzie! (no dobra, nie tylko nam, ale i tak było super!). To co, że była kiepska pogoda, że padał deszcz? Ważne, że można było pobiegać po Krakowie, po ulicach - ot tak, być kolejny raz samochodem, tyle tylko, że na dwóch nogach :D

Nic z tego nie będzieee? W kłamstwach..
Gdzieś jeszcze przed Wawelem Kuba coś napomknął, że jak nie przyspieszę to będzie po życiówce. Echh, cóż bywa i powiedziałam coś, co miało brzmieć "trudno, nie spinamy się. Biegniemy jak się będzie chciało" :D nie wiem czy Kuba tak to zrozumiał, czy ja mówiąc to skomplikowane zdanie coś pokręciłam, a może Kuba w dalszej części biegu zapomniał o tym? Nie wiem i się nie dowiem pewnie, ale nie uprzedzajmy faktów.
Biegliśmy sobie - tacy szczęśliwi dlatego, że bierzemy udział w zawodach, że biegniemy w nich razem.
Minęliśmy Wawel. Strasznie poważnie powiedziałam Kubie, że zaraz będzie podbieg, duży podbieg. Zdziwiony popatrzył na mnie, mówiąc, że przecież teraz jest zbieg na Bulwary, więc o czym ja mówię :D i jak się okazało, tak jak mówiłam - był podbieg, tuż za Wawelem, co prawda nie duży, ale podbieg - a ten mi nie wierzył, pff, kto by pomyślał. Za chwilę znalazłam się na Moich Bulwarach! Kuba podbiegł szybko do punktu odżywczego, żeby ze zrezygnowaniem poinformować mnie, że o jedzeniu mogę pomarzyć i ewentualnie pod koniec biegu coś jeszcze będzie. Echh, ale Kuba miał przy sobie izotonik! Mogłam sobie chociaż pić ile zechcę, super co? I tak sobie biegliśmy, aż moim oczom ukazał się Pan grający na bębnie. Jako że byłam już zmęczona i coraz większą wagę przykładałam do kibiców, uśmiechnęłam się do niego, nie myśląc nawet, że mógłby zwrócić na mnie uwagę. A ten patrzył się na mnie i odwzajemnił uśmiech - to było miłe. Bardzo. Dziękuję.
Koło Galerii Kazimierz, powiedziałam Kubie by biegł pierwszy, jak odległość między nami się zbyt drastycznie powiększy to krzyknę. Tak mi czasem łatwiej biec za kimś, ale On to wiedział akurat :) tylko nie uwierzył w moje zapewnienia, że będę krzyczeć i co chwilę się odwracał patrząc czy jestem czy nie odpuściłam. Na zwężeniu Bulwarów zaczęliśmy znów biec obok siebie. Z coraz to większą obawą patrzyłam przed siebie, na uciekający czas i te dłużące się kilometry. W końcu skończyła się trasa bulwarowa, zaraz miała być Biedronka i punkt odżywczy - czyżby to był ten piękny czas, kiedy będę mogła coś zjeść? :) taaaaak, była tak długo oczekiwana na tym biegu dextroza! Co prawda Kuba, jak przed każdym punktem odżywczym przyspieszał, zgarniał co trzeba (albo próbował zgarnąć, ale nie wychodziło i wracał z pustymi rękoma :P ) i czekał na mnie. Smutno mi się trochę robiło patrząc jak się oddala, mimo że wiedziałam że zaczeka i za chwilę znów będzie obok..
Kuba podzielił się ze mną jedzeniem. A za chwilę z wielkim entuzjazmem, nadzieją i nie wiem czym jeszcze - powiedział, że jest duuuuża szansa na życiówkę i że trzeba się sprężać. Tyle tylko, że ja, wiedząc jaka walka toczy się od dłuższego czasu w mojej głowie, jak nogi stają się coraz cięższe, miałam wątpliwości co do ewentualnej zmiany tempa na szybsze. Poza tym nie lubię, jak mi się mówi, że coś się udaje, jak się jeszcze nie udało. Bo z czego się tu cieszyć? I jak powstrzymać tę radość, której być jeszcze nie powinno.. Krzyknęłam, żeby się zamknął - nie byłam w stanie powiedzieć niczego więcej. Ale cóż, Kuba kazał, nie chciałam go zawieść, ale też wiedziałam, że sama nie podołam temu.

Bez Twych rąk, bez Ciebie..
Nie wiem czy się na mnie zdenerwował, czy tak bardzo zależało mu na mojej życiówce (ja prawdę mówiąc zaakceptowałam jej brak już wtedy przed Wawelem), ale złapał mnie za rękę, coś tam krzyknął, że czas, że tempo, żebym się zamknęła (czy ja coś mówiłam wtedy..?), żebym po prostu biegła. A ja już nie miałam sił się spierać. Ciężko mi powiedzieć teraz, ile w tych ostatnich 2 czy 3 km było mojego biegu a ile siły Kuby. Początkowo powiedział, że tylko na tę górę mnie wciągnie :D ale jak się okazało na tym się nie skończyło, trzymał mnie za rękę do końca, nie pozwalając mi odpuścić. Z trudem łapiąc oddech poddałam się, biegłam jego tempem, zastanawiając się ile jeszcze dam rady tak biec, a kiedy będzie musiał wziąć mnie na ręce :D
Opierać się na jego ręce przestałam tak naprawdę dopiero chyba na ostatnim zakręcie przed Tauron Areną (ale to Kuba może potwierdzić lub zmodyfikować), wtedy zachciało mi się znów biec. Tylko tempo było nie moje, zdecydowanie za szybkie - nawet 5 km w takim tempie treningowo nie biegam, a tu śmignęłam sobie do mety tak, że się zastanawiałam czy ja mam jeszcze nogi, czy już sobie poleciały.. :( Będąc już w Tauron Arenie na ostatniej prostej Kuba powiedział patrz na zegar, na zegaaaar. No i spojrzałam.. i co? Zobaczyłam tam jakąś 2 z przodu, a przecież miało być min. poniżej  1:57.. o co mu chodziło?

WARTO BYŁO
Za ręce przekraczając linię mety, z uśmiechem, łzami w oczach i tym zdziwieniem.. zdziwieniem, że się udało. Tak, na koncie moja kolejna życiówka. Kolejne wręczenie sobie nawzajem medali.

I Kubie oczywiście należą się podziękowania, ale On wie.. i wie też, co będziemy robić za rok w październiku - 4. PZU CRACOVIA PÓŁMARATONIE KRÓLEWSKI - NADCHODZIMYYYYY!

You Might Also Like

1 komentarze