Before her escape.. please, don't wake me up!

14:18:00

Dziś będzie trochę prywaty, trochę smutku, a przede wszystkim nadziei..


Mam problemy. Od jakiegoś czasu coś zaczęło się we mnie psuć. Początkowo bagatelizowałam całą sprawę - bo też ja jedna jestem na świecie? I opowiadałam dookoła, że albo coś ze mną jest nie tak, albo z zegarkiem. Po cichu liczyłam, że jednak druga opcja okaże się być prawdziwa. Celem zweryfikowania prawdziwości problemu z zegarkiem umówiłam się z Night Runnersami, że podrzucę komuś na poniedziałkowy trening zegarek, by się wreszcie dowiedzieć co szwankuje. Niestety, dla mnie rzecz jasna. okazało się, że sprzęt mam niczego sobie- działa tak jak powinien. I to ze mną po prostu coś jest nie tak.


To chyba od tego momentu zaczęłam się załamywać powoli. Kurczę, muszę zacząć działać w takim razie, bo zaczyna się robić zbyt poważnie, a co gorsza - niebezpiecznie. Przez to, że w październiku/listopadzie raczej sobie odpoczywałam od biegania i trenowałam co najwyżej w domu - całego problemu nie odczuwałam. Było pięknie! A lisotopadowy udział w biegu niepodległościowym miał być powalający. W sumie tak naprawdę mnie powalił, ale dosłownie.. ;P

Nie wiem akurat dlaczego Śnieżnica (może przez to, że to mój ostatni start w 2016 roku?), ale postanowiłam, że będzie ona dla mnie zdarzeniem, po którym pójdę do lekarza -  tak sobie obiecałam. I jak już poszłam - tak przepadłam.. najpierw skierowanie na badania i zakaz biegania do czasu otrzymania wyników. Ok, te 3 dni wytrzymam, a co tam. Wyników się trochę obawiałam, ale nie spodziewałam się, że będzie tak źle. Diagnoza początkowo mnie przeraziła. Dostałam bana na bieganie. Prawdziwego. Od lekarza. Nie chcę :(


I kiedy człowiek chce rzucić się na łóżko, schować pod kołdrą przed całym światem, musi wziąć się w garść i zachowywać tak, jakby jego świat (a przynajmniej jego część) się wcale przed chwilą nie zawalił. Dzięki temu, że nie wróciłam od razu do domu i nie padłam bezwładnie niczym ścięte drzewo, nie załamałam się na tyle, by nie umieć dostrzec też jakiejś dobrej strony tego bana. Tak, sama się dziwię - ale rzeczywiście są też i dobre strony. Bo jak człowiek nie biega to ma czas na szukanie i zapisywanie się na zawody - trudne zawody - no kto mi zabroni co? :D

Nie było jednak tak, że się nie przejęłam w ogóle albo przejęłam się tak mało, że to na mnie w ogóle nie wpłynęło. Wpłynęło - i to bardzo. Zniechęciło mnie to do wszystkiego okropnie! Poza czytaniem książek początkowo nie chciałam godzić się na nic innego. Chciałam być sama w wybranym przez siebie świecie.
Po tym jak już się trochę pobuntowałam, zaczęłam rozmawiać ze znajomymi o całym tym problemie. Ich reakcja na to, co się ze mną dzieje i co teraz powinnam ze sobą zrobić była zaskakująco rozbieżna - od rzucenia wszystkiego związanego z bieganiem (a nawet o zgrozo z aktywnością fizyczną) do trenowania jak dotychczas i zbagatelizowania problemu.

Szukając odpowiedzi na postawione już u lekarza pytanie - "co dalej z treningami", stwierdziłam, że metodą prób i błędów spróbuje znaleźć rozwiązanie. Nie szukam go jednak u znajomych - bo co oni wiedzą?, nie szukam też w internetach - bo ten aż huczy od gotowych rozwiązań. Szukam go natomiast na moich biegowych ścieżkach. Biegnę tyle ile mogę i w takim tempie, na jakie mnie aktualnie stać. I nawet jeśli chcę więcej, mocniej, szybciej, bo teoretycznie jeszcze mogę biec, to zatrzymuję się. Robię przerwę, mimo tego że od razu robi się zimno, gdyż z tyłu głowy zapala mi się czerwona lampka, a głos rozsądku krzyczy: "Stój, bo jak przeholujesz, to skreślisz się w najlepszym przypadku ze świata biegowego, a w najgorszym ze świata."


I tak sobie zbanowana biegam bądź też marszobiegam. I żyje nawet. I korzystam, ile tylko mogę. I poprawiam sobie głównie siłę biegową i bawię się bieganiem tak, jak do tej pory mi się nie chciało - przecież bieganie ciągłym tempem jest takie super. Teraz jednak odkryłam, jak fajne są również inne opcje biegu. A nawet znalazłam czas na robienie zdjęć na treningu! I skoro nie mogę jednostajnie, to robię to na co mnie stać. I tak, będę świetnym biegaczem! Już nawet mam trochę zaplanowanych startów na przyszły rok - z opłatami czekam jeszcze tylko na czwartkową diagnozę, której naprawdę się boję. Tym razem już u innego lekarza - i tu jak powiedzą, że mam nie biegać, to się powstrzymam.

Wolałabym się nie zastanawiać nad tym, co będzie, ale myśli same przychodzą i odejść nie chcą. Tak łatwo tworzyć sobie czarny scenariusz. Niemniej jednak staram się z tym walczyć - m.in. właśnie poprzez wychodzenie na treningi i uświadamianie sobie, że jednak dam radę. Trzeba wiary, by z pokorą móc stawiać kolejne biegowe kroki. I móc cieszyć się z wiatru we włosach, zamarzających uszu, zegarka rozkazującego 72 godzinny odpoczynek. I z pięknego biegowego krajobrazu ! 

Będzie dobrze, co?



A póki co przed czwartkiem korzystam ile się da - wczoraj nawet przebiegłam swoje pierwsze ciągłe zbanowane 10 km! Taka jestem, o! :)

A teraz proszę Was - trzymajcie kciuki! :))




You Might Also Like

3 komentarze

  1. Co by nie bylo... "z głową wszystko można"- takie moje zdanie. Najgorzej ustalic ta granice, wiadomo zawsze chce sie jak najwięcej. Czarnego scenariusza nie ma co zakladac wazne zeby znalesc problem a to tez nie latwe, a leczenie metoda prob i bledow, ktore znam z autopsji,jest najgorsze i zazwyczaj pomaga czas a nie leki/rehabilitacja na odczepne... Póki co czekac trzeba na wizyte i jak piszesz mozna ukladac plan na nowy, intensywny i szybszy rok ☺ Bedzie dobrze ! trzymam kciuki Runner.

    OdpowiedzUsuń
  2. Życzę dużo wytrwałości i motywacji :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny wpis, super się czytało :D

    OdpowiedzUsuń