"The on­ly way to get rid of a tem­pta­tion is to yield to it." - SNIEZNICA 27.11.2016

11:29:00

Śnieżnicę przebiec chciałam bardzo! Już w październiku pojawił się w głowie pomysł, by zapisać się na ten bieg, ale przez natłok obowiązków zupełnie o tym zapomniałam. I całe szczęście! Tak miało być, miałam siedzieć w bezpiecznym, ciepłym domu z książką w ręku i kubkiem gorącej herbaty obok.

Jednak ni stąd ni zowąd pojawiło się pytanie: eee nie biegniesz przypadkiem Śnieżnicy?
Jaka Śnieżnica, sobie myślę, co to ma być.. poszukałam i znalazłam! I przypomniałam sobie, że chciałam wystartować. Echh, cóż miałam zrobić? Z jednej strony nie biegam, z drugiej - zapowiadają się fajne zawody, więc jak nie dam rady to sobie najwyżej trochę pomaszeruję. Nie będzie chyba źle, co? I tak się tego trzymałam - i powtarzałam jak mantrę, że będzie dobrze! Cały mój spokój skończył się, gdy pochwaliłam się tym pomysłem w pracy, gdyż podsumowano go krótko - "Uważaj bo będzie bolało. Masz kijki? To w poniedziałek nie przychodzisz do pracy, tak?". Ups, w co ja się pakuję..


Ale co tam. Człowiek zawsze wierzy, tylko w to co chce. A ja tym razem uwierzyłam w to, że tragedii nie będzie. Poza tym ciągle zapewniano mnie, przed i w dniu biegu, że przecież nie może być ciężko - co prawda sprawdzając profil trasy wydało mi się to trochę wątpliwe, ale co tam, chyba wiedzą co mówią! Zresztą już jestem zapisana. Pojadę. Najwyżej nie wystartuję.

Bezproblemowo odebrałam swój pakiet i za chwilę poszłam do szatni, by przygotować się do startu. Co prawda ubrana byłam już na biegowo, ale chciałam przygotować się do tego przedsięwzięcia psychicznie. Zaczynało się robić ciężko. Uśmiechałam się na siłę i myślami uciekałam daleko na trasę, do podbiegów. Później porozmawialiśmy jeszcze chwilę. Zaraz czas był na rozgrzewkę. Przemówienie Księdza. I już.. tak, już trzeba było zacząć biec i przekroczyć linię startu.

Początek biegu przywitał mnie pięknym podbiegiem. Brzuch oczywiście również dzielnie mi kibicował, zagrzewając do walki poprzez ból - dziwny sposób znalazł. Przez to, że dość dawno nie biegałam (a wybrałam się na jak się okazało bardzo wymagający bieg) już na pierwszym kilometrze zaczęło się robić teoretycznie ciężko. Dlaczego teoretycznie? Starałam się nie przyjmować tego co odczuwam za prawdę. Usiłowałam zrzucić to na towarzyszący mi przed startem stres. W związku z takim podejściem udało się ostatecznie przetłumaczyć sobie, że tak naprawdę nie jestem zmęczona, a szybszy oddech na biegu to coś zupełnie normalnego. Dzięki temu bez większych niespodzianek przeżyłam ten początek, dopóki nie przyzwyczaiłam się do wysiłku, gdyż mój organizm zdążył przez ostatni niebiegowy czas zapomnieć co to znaczy się męczyć i czerpać z tego przyjemność.

Teraz już czekał na mnie uśmiech! Trochę poplotkowałam z koleżanką, trochę pozachwycałam się otoczeniem. Na zbiegu minęłam pana z psem - swoją drogą pierwszy raz nie bałam się psa i mogłam biec spokojnie obok! ;)

Jako że nastrój biegacza na ciężkim biegu jest sinusoidą, tak i w moim przypadku było. Niespodziewanie w jednej chwili uśmiech, zastąpiło  przerażenie, ponieważ za chwilę zacząć się miał kilometrowy wielki podbieg. Wydawało się być całkiem przyzwoicie, stromo, ale dość bezpiecznie. Kiedy jednak dotarłyśmy do miejsca, gdzie było coraz mniej drzew - zaczęłam się stresować. Co ja robię - pomyślałam i zaczęło mi się kręcić w głowie ze strachu. Krzyknęłam do koleżanki, że coś jest nie tak, że ja się nie dam ruszyć, przynajmniej przez najbliższych kilka minut. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam sobie wyobrażać, że się na tych liściach poślizgnę, zjadę na sam dół -  w sumie widziałam raczej siebie jak spadam w jakąś przepaść, której nie było (pomińmy.. ;D ). Koleżanka zaczęła mówić, żebym szła, nie patrzyła w dół i będzie dobrze. Przed "przepaścią" chowałam się co pewien czas za drzewa - jakby to w jakiś sposób miało pomóc. Za chwilę podszedł do nas kolejny biegacz - chciałam mu udostępnić kawałek drzewa, ale nie chciał, stwierdził, że jak się oprze, to już w tym miejscu zostanie ;D i tym o to sposobem miałam asekurację i z przodu i z tyłu, jednak nie czułam się bezpiecznie, bałam się, a w głowie miałam tylko "Ola, nie poślizgnij się, bo przepadniesz!". Im wyżej - tym było gorzej. Teraz nie wiem, czego się tak panicznie bałam, jednak wtedy ten strach był taki zasadny, a co gorsza paraliżujący.

Po wielu trudach koleżanka krzyknęła, że widzi chyba koniec wspinaczki! Ojjj jak wtedy zachciało się iść - jak najszybciej skończyć ten męczący podbieg. I udało się! Na górze zatrzymałyśmy się na chwilę, spojrzałyśmy na to, co udało nam się dotychczas przejść, uśmiechnęłyśmy się oceniając że nie jest z nami tak źle. Było pięknie! Miłość kształtuje się w trudach? Tak, pokochałam wtedy podbieg, który przed chwilą pokonałam ;)
Troszkę z żalem ruszyłyśmy dalej. W końcu czekały nas zbiegi i płaska trasa - taka ulga dla nóg. Co prawda, trochę się poslizgałam na tych zbiegach, ale nie na tyle by zwolnić choć na moment. Było super, było lekko.

Znów było pięknie, znów człowiek się uśmiechał, znów wszystko wydawało się być takie możliwe do osiągnięcia. Na jednym ze zbiegów tak sobie biegłyśmy, że zboczyłyśmy z trasy ;D dobrze że było rozwidlenie dróg nieoznaczone w żaden sposób przez organizatora, dzięki czemu wiedziałyśmy, że coś jest nie tak ;) na szczęście wgrałam sobie trasę do zegarka i posiłkując się mapą dość szybko udało nam się odnaleźć właściwą trasę.

Za chwilę był punkt odżywczy - ostatni, to już ok. 12 km, jeszcze 2,5. Powiedziano nam, że tylko jeszcze jedna górka na nas czeka i konieeeec! Podkreślono, że najgorszą część trasy mamy za sobą, więc czas gnać do mety.

Na ostatnim podbiegu, gdzie poziom zrezygnowania osiągał swoje wyżyny a ja jedynie powtarzałam, że tylko idąc ciągle do przodu mogę dostać się do mety, bo przecież z tego miejsca nikt mnie niczym nie zabierze - a szkoda, bo przecież mógłby mnie jakiś rycerz helikopterem zabrać (wtedy pojawienie się rycerza wydawało mi się bardziej prawdopodobne niż to, że o własnych siłach dotrę do końca trasy), poznałam kolejną dziewczynę i stwierdziłyśmy, że aż do mety łączymy siły. No, skoro rycerzy nie ma to cóż począć. Za chwilę podszedł do nas Organizator wraz z ratownikiem, porozmawialiśmy chwilę, odprowadzili nas na szczyt wyciągu. Wskazali jeszcze tylko którędy mamy biec, krzyknęli, że do mety tylko 700 metrów więc pognałyśmy! Znaczy chciałyśmy pognać, ale udało się tylko pobiec w lekko średnim tempie - nogi bolały, a co! Jak się okazało - było o wiele więcej drogi do przebycia niż te kilkaset metrów. Na szczęście rozmawiałyśmy w biegu, to nie dłużyła nam aż tak bardzo droga.

Kilkadziesiąt drzew później usłyszałyśmy jakieś krzyki - to chyba już meta! Poczułam jak moja twarz się wykrzywia - okazało się, że znów zaczynam się uśmiechać.. ;) złapałyśmy się za ręce i pobiegłyśmy prosto przed siebie. Na nią czekali znajomi, mnie wywoływał Organizator (ahhahahah, czasem dobrze mieć numer na wierzchu.. ;) )

Jednak trafiłam na metę. Niezły numer, co?



Po przekroczeniu mety dostałam piwo, które nadal znajduje się u mnie w domu i czeka.. ;D później polałam wodą buty, bo wejść w takich do schroniska nie chciałam - wszystko byłoby czarne. I uciekłam wprost pod ciepły prysznic! W końcu było mi ciepło.. ;)

Na zawodach było super, mimo obaw, zrezygnowania i paniki. Wszystkie możliwe uczucia towarzyszyły mi na trasie. Styrałam się nieziemsko, ale nie żałuję. Ani przez moment nie żałowałam, że wystartowałam - nawet na trasie, gdy miałam prawie łzy w oczach ze strachu, nie pojawiły się wątpliwości po co się zapisałam na bieg. Sprawdziłam siebie. I wiem, że przetrwam na biegach - bo strach, tak jak i ból, jest chwilowy. Swoje lęki trzeba pokonywać, nauczyć się, że nie ma się wszystkiego od razu. Pokora, Moi Drodzy. A co jest później? Nie powiem, sprawdźcie sami.

Na koniec tylko - raz jeszcze dziękuję za ten bieg..!



Aha. Ponoć były na trasie dwa jeziora, których nie zauważyłam, czyżbym musiała tam wrócić za rok? ;P
Do zobaczenia ;)

You Might Also Like

1 komentarze