Will I see you again? - SZCZAWNICA 21.05.2017 R.

23:12:00

Tyle rzeczy mam Wam do opowiedzenia, a taka pustka mnie ogarnia, gdy siadam przed komputerem i chcę napisać kilka słów -  tak,  wiemy już, że na kilku się nie kończy, przynajmniej w moim przypadku, gdy opisuję relację z biegu.

Nie przedłużając - dzisiaj przybywam do Was z niedzielnym biegiem. Znaczy nie! Pozwólcie, że powiem wprost - z półmaratonem górskim ! :) Moja Droga Szczawnico, o Tobie mowa :D słuchajcie co się tam działo :)

Do Szczawnicy początkowo miałam jechać z kolegą; plany się zmieniły, a raczej kolega przypomniał sobie, że po zawodach ma koncert i musi bardzo szybko wracać. Niepewna swojej kondycji, zwłaszcza po sprawdzeniu wyników z poprzedniej edycji biegu, stwierdziłam że lepiej będzie jak pojedziemy osobno - żadne z nas nie będzie się stresowało tym, że nie zdążę pojawić się o czasie na mecie.

I tak właśnie decyzja podjęła się za mnie - wybrany został transport oferowany przez organizatora. O 7 mieliśmy wyruszyć, wstać więc musiałam przed 5 - niby bardzo wcześnie, a i tak mało brakowało a bym się spóźniła - dzięki wielkie za taki poranny stres!




Do samej Szczawnicy jechało się dość krótko - po około 2 godzinach byliśmy już na miejscu. Po wyjściu z autokaru ze znajomymi zaczęliśmy szukać biura zawodów. Stresowałam się dosłownie wszystkim! Nawet tym, że jeśli jakimś cudem uda mi się zmieścić w czterogodzinnym limicie czasu, to nie zdążę do autobusu - po przeliczeniu okazało się, że miałabym 30 minut żeby na pełnym zmęczeniu dostać się z mety do depozytu, a stamtąd na autobus. Uspokoili mnie trochę znajomi zapewniając, że nie odjadą beze mnie. Jak już się w miarę uspokoiłam znalazłam sobie nowy powód do zmartwień! Tym razem stresowałam się, że ubrałam się nieodpowiednio - planowałam biec na krótko, a w kurtce było mi tak zimno! Do startu tyle czasu, tyle nowych powodów do przedzawodowych zmartwień mogłam wyszukać. :(
Szybko odebraliśmy pakiety startowe, przebraliśmy się, zostawiliśmy rzeczy w depozycie i udaliśmy się w kierunku startu. Trochę sobie pożartowaliśmy. Kolega powtarzał, że ma dwa cele na ten bieg - nie być ostatnim i nie dać się wyprzedzić kijkarzom :D ja natomiast chciałam swój bieg przebiec względnie dobrze. W całym tym stresie pisałam jakieś dziwne smsy, że się boję. Zaczęłam sobie uświadamiać, że nie jestem gotowa na ten bieg, z taką kondycją nie powinnam pojawić się na starcie. Całe moje oczekiwania co do tego biegu zmieniły się diametralnie po przeczytanych słowach "przede wszystkim baw się dobrze!" - przypomniałam sobie po co się zapisałam na ten bieg; nikt przecież nie oczekuje ode mnie jakiegokolwiek wyniku, nawet tego, że przebiegnę. A po co tu startuję? Ja znałam już w tym momencie odpowiedź, Wy może zrozumiecie to czytając tę relację :)

Jeszcze przed startem ze znajomymi przybiliśmy sobie piątki i z uśmiechem czekaliśmy na odliczanie. Mieliśmy biec we trójkę, ale jak zwykle trasa zweryfikowała szybko nasze plany..

Nagle, nagle, nagleee niespodziewanie (bo kto by się tego domyślał na kilka sekund przed startem?) słyszymy 4,3,2,1 start!

I biegniemy!

Pierwszy kilometr nie zapowiadał tego, co na nas czekało na trasie - wtedy jeszcze wydawało się być całkiem przyjemnie i znośnie. Tutaj widząc, że kolega z jednej strony chce biec z nami, a z drugiej wolałby trochę przyspieszyć, pognałyśmy go mówiąc, że spotkamy się na mecie i niech pędzi ile sił w nogach. Zostałyśmy same, z uśmiechami, nieświadome tego, co nas za chwilę czeka. Już na 2 km powitał nas duuuuży podbieg. Przeszłyśmy do szybkiego marszu przeplatanego biegiem na mniej stromych odcinkach. Ktoś gdzieś przed nami krzyknął, że tak jest do 5 km, a później piękny zbieg aż do mety - tej na 10 km :) zapalona w nas iskierka nadziei dodawała sił, a widoki które ukazywały się nam przed oczami wynagradzały cały trud włożony we wspinaczkę. Było tak pięknie! Aż chciało się zatrzymać i rozglądać dookoła, robić zdjęcia i cieszyć się z tego, gdzie się znajdujemy. Ale to są przecież zawody, trzeba ruszać przed siebie.

Doczekałyśmy się też i cudownego zbiegu, nogi same niosły do przodu, w końcu normalna prędkość i wiatr we włosach :) na ok. 7 km trasa zaczynała się robić coraz bardziej płaska, tempo biegu spadło i pojawiły się trudności. Zwolniłyśmy trochę. Nie wiem, jak ja liczyłam, ale na 7 km wyszło mi, że na metę 10 km biegu zostały tylko 2 km :O dopiero jak na zegarku pojawiła się 8, uświadomiłam sobie, że wprowadziłam koleżankę w błąd  i że czeka ją jeden kilometr więcej ze mną ;) na ostatnich ok. 200 metrach musiałam zostawić ją samą i biec już dalej własną trasą. Krzyknęłam tylko, że ma dać z siebie tyle ile może, że do mety zostało jej tak niewiele i nie może się poddać. (jak się dowiedziałam później na mecie - nie poddała się! Dzielna Dziewczyna! :P )


I tym oto sposobem pierwsze 10 km minęło mi niezwykle szybko, miło i lekko. Po rozdzieleniu trasy na 9,800km skrecilam w lewo, zaczęłam się zastanawiać co ja robię, czemu się teraz mój bieg nie skończył. Biegłam jednak dalej, by za chwilę skraść wolontariuszom banana i wodę i by dalej już pójść szybkim marszem - zaczął się kolejny podbieg! Ajjj, moje nogi :)

Nie mam pojęcia jak to się stało, ale cudowne w tym biegu było to, że ani przez chwilę nie myślałam o tym, że jest strasznie ciężko i nie chce już biec dalej. Podobało mi się, że jak mięśnie zaczęły odczuwać podbieg to ni stąd ni zowad zaczynał się zbieg i bolące nogi mogły odpocząć,zas inne mięśnie mogły zacząć boleć :)

Na 13 km uczepiłam się jakiegoś biegacza przede mną i tak trzymając jego tempo przebiegłam kilka najbliższych kilka kilometrów. Nie wiem dlaczego, ale w pewnym momencie zatrzymał się, odwrócił i spojrzał na mnie, mówiąc że bardzo mu się tu podoba, że biegł tu dwa lata temu i pocieszył mnie, wskazując,  że tam hen hen daleko, gdzie widać już było biegaczy, jest piękny zbieg i łatwa droga do mety. Skoro zaczął rozmowę nieśmiało przyznałam mu się, że dorwałam się go i patrząc na jego plecy przez ostatni czas wmawiałam sobie, że nie mogę się zatrzymać, że jest sens tego biegu. Uśmiechnął się i powiedział, że zawsze jest sens biec :) i na tym rozmowa się skończyła, nie było czasu ani sił na dodawanie czegoś więcej. Ta krótka rozmowa podbudowała mnie do dalszej walki o dotarcie do mety.

Za chwilę okazało się, że jest punkt odżywczy. Zgarnęłam kubek wody i dwie kostki gorzkiej czekolady.

Niestety okazało się, że na postoju potrzebuję mniej czasu niż mój towarzysz, dlatego też to ja musiałam się zająć prowadzeniem, ustalaniem sobie tempa tak, by dotrwać w przyzwoitym stanie do końca. Na jednym ze zbiegów źle postawiłam nogę przez co ta bardzo mi się wykręciła i bolała przez następny kilometr biegu, ale mimo tego nawet przez moment nie pomyślałam, że mogłabym zrezygnować. Cała ta sytuacja chyba nie wyglądała zbyt dobrze, gdyż jakiś biegacz za mną zaczął krzyczeć czy wszystko w porządku - pomachałam i odkrzyknęłam, że tak. Jak podbiegł to przyznałam, że tak naprawdę to boli mnie okropnie, ale nie przejmujemy się i biegniemy :D na kolejnych zbiegach naprzemiennie się wyprzedzaliśmy. Ostatecznie na którymś ze zbiegów objęłam prowadzenie i tak już zostało do końca.



Jakoś po 17 km, na pewnym rozwidleniu dróg stał sobie chłopak, którego zadaniem było wskazywać biegnącym kierunek biegu. Jak  zauważył mnie nadbiegającą (o ile to jeszcze można nazwać biegiem..) zaczął coś tam kibicować i wskazał ręką ścieżkę w którą powinnam wbiec. Krzyknął jeszcze, że teraz to już tylko z górki, więc mam biec ostrożnie. Spytałam go czy serio będzie w dół.. a ten, że tak. I powtórzył raz jeszcze, by biec ostrożnie. Nietrudno się chyba domyślić, co zauważyłam za zakrętem.. tak, piękną stromą górkę, ze sporą ilością błota. Na pocieszenie - jak już się pod nią wtoczyłam, to faktycznie czekał na mnie zbieg.. Taki dowcipniś!

Ostatnie 3 km były niesamowite! Na wyczerpaną już całym dystansem Olę, czekały płaskie kilometry - niby proste, ale po dotychczasowych podbiegach i zbiegach nie zapowiadało się lekko. Zastanawiałam się co zrobić, by się nie zatrzymać, by nie dać upustu swojemu zmęczeniu, nie usiąść nad Dunajcem i nie pokontemplować sobie troszkę. Chcąc, nie chcąc biegłam dalej.

Jakieś 600 metrów przede mną biegł Pan, z towarzyszką na rowerze czy tam rolkach - już nie pamiętam czym się poruszała. Myślałam, że ich nie dogonię, nawet takiego zamiaru nie miałam. Po prostu biegłam przed siebie i nim się obejrzałam - byli tuż przy mnie. Jak już ich wyprzedzałam Pan zaczął mówić do towarzyszki "wiedziałem że mnie wyprzedzi!". Ahhahahahah, na mojej twarzy pojawił uśmiech ! Odwróciłam się i krzyknęłam żebyśmy się ścigali, na co on odparł, że już nie ma sił. Pobiegłam dalej sama. I nagle niespodziewanie dopadła mnie presja - nie wiem po co zaczęłam sobie powtarzać: utrzymaj pozycję, nie daj się wyprzedzić!  W pewnym czasie się zreflektowalam - bo po co mi ta walka? Zawalczyłam o swoje szczęście zmieniając nastawienie (a raczej wracając do tego co było) i biegłam na tyle, na ile było mnie stać - tak by dobiec do mety a nie tak by nie być zostać wyprzedzona :) Ostatecznie i nie zostałam wyprzedzona i dotarłam do mety..




Za chwilę zauważyli mnie znajomi zaczęli kibicować, niestety nie dałam rady im przybić piątki, więc tylko pomachaliśmy do siebie.

I już po wszystkim. Koniec. Przebiegłam górskie 20,9 km. Znalazłam się na mecie!

Na koniec jeszcze usłyszałam "Ola, tutaj na metę wbiegają ludzie zmęczeni, spoceni, z mokrymi włosami, a Ty co? Zero zmęczenia, nic! Jakbyś na spacer poszła a nie na zawody..😂 😂"

Może już najwyższy czas podkręcić tempo i przyspieszyć?


You Might Also Like

14 komentarze

  1. Gratuluję zwycięstwa, wytrwałości i siły! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie, gratuluję siły i wytrwałości. Wiem, że takie osiągnięcia nie są łatwe i trzeba na nie ciężko pracować!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba, ale jaka wspaniała to praca. Dziękuję bardzo ;)

      Usuń
  3. Piękne krajobrazy. Na pewno przygotowania do takich zawodów to musi być spore wyzwanie. Gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
  4. Bieg pełen przygód :) Ale przynajmniej nie jest nudno. Ja od tygodnia zaczęłam biegać :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja od niedawna zaczęłam biegać i bardzo się tym zaraziłam :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Zdjęcia wyglądają naprawdę ślicznie ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Super przygoda! Jestem dumna z tego, że się poddałaś i byłaś takim wsparciem dla kolegów! Dobra robota :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram poprzedniczkę całkowicie i w 100% :)

      Usuń
  8. Świetny blog. Bardzo lubię blogi tego typu. Jestem pod wrażeniem. Popieram wszystko

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale tam pięknie! Będę zaglądać tu częściej. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja ciężko pracuję nad swoją kondycją :)

    OdpowiedzUsuń