Przejdź do głównej zawartości

One Way Ticket... - ETAPOWA TRIADA ZIMOWA 2018 !

Mój pierwszy weekend stycznia skupiony był tylko i wyłącznie na Etapowej Triadzie Ultra. Kto nie słyszał o tych biegach ten gapa i nie pobiegał sobie trzech biegów w dwa dni; i to niezwykłych biegów, bo w górkach :) Meta każdego z biegu znajduje się w Krościenku nad Dunajcem - miasteczku, z którego - w zależności w którym kierunku się uda - można wejść na szlak Pienin, Gorców lub Beskidu Sądeckiego.


Krościenko nad Dunajcem! <3

W tygodniu przed wyjazdem Mama jeszcze próbowała mi wyperswadować ten pomysł, przekonać mnie, że po anemii jeszcze nie jestem na tyle gotowa by podjąć się takiego wysiłku. Na szczęście udało mi się Ją przekonać, że nie stanie mi się nic na tyle złego, że musiałaby się bać o mnie. Oczywiście dodatkowo zapewniłam, że jak poczuję się źle, to po prostu zejdę z trasy. Stanie się Ultramaratończykiem - wierzcie lub nie - nie było dla mnie na tyle ważne, by postawić wszystko na jedną kartę. Są przecież inne biegi - na nich mogę powalczyć o zmianę statusu z Maratończyka na Ultra ;)

Do Krościenka przyjechałam z Kubą już w piątek - tak żeby móc odebrać jeszcze pakiet startowy, pójść na odprawę, coś zjeść i pójść spać na tyle wcześnie by mieć siłę na kolejne dwa dni.

Co prawda była możliwość obejrzenia w domu relacji z odprawy, ale przez to, że był to mój pierwszy w życiu bieg Ultra to chciałam zrobić wszystko tak, jak należy - a raczej nie chciałam opuścić żadnego elementu, chociażby był on nieobowiązkowy. Odprawa była krótka, jakoś 20 minutowa bodajże, ale stojąc tam na sali sportowej zaczęłam sobie uświadamiać, że za kilka godzin zacznę biec, a za kilkadziesiąt (jak się uda) - będę Ultramaratończykiem.. czujecie to? Ja czułam przez chwilę, musiałam uciec tym myślom, bo przecież straszne, ciężkie i męczące jest powtarzanie "muszę przebiec, będę kimś innym"! 

Pakiety startowe już mamy, jeszcze tylko muszą nas odprawić ;)


ENJOY THESE RACES !


Pierwszy bieg - Gorce, 16 km.
W pakiecie startowym dostaliśmy bilet, a dokładniej "One Way Ticket" - z Krościenka nad Dunajcem do Grywałdu. Z dopiskiem mniej więcej "musisz wrócić biegiem", takie żarty z nas, Biegaczy. :D Oczywiście moje obawy, że spóźnimy się na start doprowadziły do tego, że z Kubą pojechaliśmy do Grywałdu jednym z pierwszych autobusów. Jak się okazało, podróż nie trwała długo, niestety. Żeby nie czekać bezczynnie na start biegu postanowiliśmy trochę pochodzić po trasie, niektórzy robili rozgrzewkę, ja tradycyjnie nie chciałam i tylko maszerowałam. Nim się obejrzeliśmy zostało 5 minut do startu. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie na starcie, odliczanie i przekraczanie linii startu.. 

"Ola, uśmiechnij się ładnie"


No to: Enjoy this race !
Początek biegu, a dokładniej pierwsza połowa to ciągły podbieg. Najpierw czekał na nas asfalt, później kostka brukowa z lodem, żebyśmy mogli trafić do lasu na trochę liści, trochę błota, trochę śniegu, na asfalcie znów kończąc.
Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię początków biegów. To pomieszanie ekscytacji, obawy przed dystansem, strachu przed kontuzją na trasie czy po prostu przed tym że nie dam rady, nie pozwala mi się cieszyć na pierwszych metrach biegu. Szczerze? - jestem wtedy bardziej zmęczona, aniżeli na mecie.. Na moje szczęście po chyba ok kilometrze trzeba było zacząć iść. Jak super! Zaczęło się małe lodowisko, ludzie przede mną szli, ludzie za mną też (tak, to jeszcze ten czas, kiedy nie byłam ostatnia!), to co ja będę się wyróżniać - też szłam :D po chwili skończyło się i podejście i lodowisko - ponoć trzeba było biec. Ale jak tu biec gdy po lewej stronie takie widoki. Widzieliśmy Tatry!

Tatry, Taterki <3 takie piękne!!!

Zamiast biec szliśmy podziwiając krajobraz, robiąc zdjęcia. Niestety, Kuba się opamiętał i powiedział - biegniemy. Tak biegliśmy, że za chwilę wpadłam w kałużę i to nie byle jaką - wpadłam w kałużę po kolano! Super - ahoj mokry bucie, dobrze, że jesteś, chętnie z Tobą przebiegnę następne 14 km.. trochę pobiegliśmy, trochę poszliśmy. Chyba w tej pierwszej części więcej szliśmy niż biegliśmy. 
Im wyżej, tym coraz częściej zaczął pojawiać się śnieg, z każdym krokiem było go coraz więcej! W końcu - zima w górach, to jest to. 

Się wyprostuję, pomacham i niech myślą, że łatwa trasa - naiwni ;P


Jakoś powoli udało nam się dotrzeć do Kacpra. Dlaczego było to takie istotne? Stojąc na starcie nie wiedzieliśmy czy wbiegamy na Lubań czy przez to, że warunki są ciężkie odpuszczamy szczyt i lecimy na metę. Kacper nie wskazał zbiegu, kazał kierować się w górę. O nieee, pomyślałam. Jeszcze w górę, a tu się coraz bardziej stromo robi.. Zaraz się stoczę i zrobi się ze mnie największa kula śniegu, jaką kiedykolwiek świat widział! Poruszaliśmy się powoli, ludzie przed nami też, co jakiś czas komuś ześlizgiwała się noga - najbardziej bałam się nóg z kolcami oraz skierowanych we mnie grotów kijków. Ciekawe czy gdybym się na ten grot nadziała, posiadacz kijka zabrałby mnie na metę czy zostawił w śniegu.. :O nie musiałam się o tym przekonywać, bo udało mi się dotrzeć na szczyt bez jakichkolwiek uszkodzeń. Na szczycie powiedziano żebyśmy weszli na wieżę widokową - kurde, jeszcze wyżej każą nam wchodzić, no pewnie, a co tam, na dach bym tej wieży najchętniej weszła. Dobrze, że nie odpuściłam zdobycia wieży, a to z dwóch powodów. Na górze wolontariusz podawał numery zawodników, którzy znaleźli się na wieży - także mogli mnie zdyskwalifikować. A drugi powód jest o wiele lepszy. Takie piękne widoki tam były!!! 


<3


Niestety, przez to że tak wolno pokonaliśmy ten podbieg musieliśmy dość szybko się stamtąd zbierać.. chwila podziwiania, zdjęcie jedno, drugie i już jeesteśmy przy schodach i zaczynamy zbieganie. O wiele łatwiejsza część trasy, ale komu łatwo się zbiega gdy jest zmęczony, temu zazdroszczę! Mi na śniegu nogi trochę uciekały, ale starałam się aż tak drastycznie nie spowalniać Kuby.

Kto pożyczy sanki?

Przez większą część zbiegu mieliśmy wymarzone, iście zimowe warunki. Dopiero pod koniec biegu, gdy wbiegliśmy już na drogę asfaltową powitała nas przepiękna wiosna. Kuba zaczął kręcić filmik, coś tam mówił - nie wiem jak on miał na to siłę! Niby zbieg łatwiejszy, tempo też jakieś nieoszałamiające, ale ja wolałam sobie oddychać niż mówić. Biegliśmy tym asfaltem już dość długo i zaczynały pojawiać się wątpliwości, czy nie powinniśmy gdzieś pobiec jakoś inaczej. Na zakręcie szła pani, która powiedziała, że za chwilę już mamy metę, że to całkiem blisko. I co? Minęliśmy zakręt zobaczyliśmy niby jakichś kibicujących nam biegaczy, ale mety jak nie było tak nie ma :( chciałam się już nawet zatrzymać - bo jak nie ma mety to nie biegnę, o nie! - na szczęście ktoś, zanim zaczęłam realizować swój misterny plan przejścia do marszu, krzyknął że za tym zakrętem jest meta, że to tylko jakieś 200 metrów. Niech będzie, uwierzę. I dobrze zrobiłam! Biegnąc i trzymając się z Kubą za ręce przekroczyliśmy linię mety. Pierwszy bieg za nami, 1/3 całości, jeszcze tylko 44 km..



Drugi bieg - Pieniny, 11 km.
Ja bardzo lubię biegać wieczorami. Większość moich treningów odbywa się nie wcześniej niż  o 19 - 20. Dlatego też bardzo cenię sobie zawody nocne - tak Bieg Nocny w Krakowie, jak i właśnie tę część Triady. Przed startem Kuba przeczytał na fejsbuku, że na kolejnym etapie biegu musimy bardzo uważać, bo jest ślisko. Ponoć kto ma nakładki na buty, powinien je wziąć, bo będą potrzebne. Przez to, że pogorszyły się warunki zmieniona została trasa biegu - pokonywaliśmy ją od tyłu - nie wiem w którą stronę byłoby łatwiej, ale nic. Skoro każą to biegniemy.
Na starcie nie było szczególnie zimno, jak na tę porę roku to można nawet powiedzieć, że było ciepło.

Jak biegać w nocy to tylko z czołówką, naładowaną...


No to: Enjoy this race !
Początek biegu mógł zmylić każdego biegacza - zapowiadało się ładnie, łatwo i przyjemnie. Ale do czasu, gdy na ok. 2 lub 3 kilometrze przed oczami pojawił nam się nie podbieg - bo było ciemno i nie było go widać. Ujrzeliśmy czołówki biegaczy gdzieś tam hen hen wysoko ! i tak sobie szliśmy - może kiedyś będę takim mistrzem, który sobie podbiega na stromych podbiegach, teraz póki co muszę obejść się smakiem i z pokorą podchodzić. Na podbiegu było odrobinę lodowiska, ale nie tyle ile się spodziewałam po przestrogach Organizatorów. Tuż za lodowiskiem kończył się podbieg i zaczynał błotny zbieg. Na początku próbowałam ocenić gdzie postawić kolejny krok (poza tym, że wiedziałam, że musi być do przodu..). Było tam jednak tyle błota, że nie dało się iść i nie wpaść w kałużę. Dobrze że zrobił się zator, dzięki czemu była większa szansa na uniknięcie upadku i wyjście z tego zbiegu może nie z suchymi butami, ale przynajmniej nie ze szczególnie zabłoconymi.
Po zbiegu trasa się trochę unormowała, trafiliśmy chyba na jakieś pole, z którego jedyne co zapamiętałam to obecność dziury na ścieżce. :D

Jeszcze tylko jedno kółko...

Za chwilę był asfalt i koniec pierwszego okrążenia, początek drugiego oraz początek walki z bólem brzucha. Niestety chyba moje obżarstwo za bardzo dało o sobie znać i po pierwszym etapie zjadłam za dużo pizzy, w zdecydowanie zbyt małym odstępie czasu przed startem drugiego etapu. No ale cóż, co mogłam zrobić poza narzekaniem, że boli? Na początku drugiego okrążenia zatrzymaliśmy się na chwilę, znaczy przeszliśmy do marszu, ale też nie na jakoś szczególnie długo. Mimo że nie do końca czułam się dobrze, zaczęliśmy biec wolno. Tak naprawdę przestałam myśleć o bólu dopiero na podbiegu. Kiedy zaczęło się robić ciężko, kiedy poprosiłam Kubę o odpoczynek, kiedy szliśmy już tylko w moim tempie. Oczywiście okłamał mnie, gdy spytałam, czy nie jesteśmy już w miejscu, gdzie wcześniej stał Kacper. Odpowiedział, że nie, że to trochę dalej. Jak się za chwilę okazało - na pierwszej pętli w tamtym miejscu faktycznie stał Kacper, a my byliśmy już na szczycie... Trochę bałam się tego zbiegania, bo i ciemno było, i bardzo dużo błota na trasie :( tym razem jednak nie próbowałam w żaden sposób ominąć kałuży - po prostu biegłam przed siebie. I tak miałam już całe przemoczone i ubłocone buty - gorzej z nimi przecież nie będzie.
Po pokonaniu najtrudniejszego odcinka - błotnistego zbiegu - próbowaliśmy wyprzedzać trochę ludzi, ale było to trudne wyzwanie. Ścieżka była bardzo wąska z dodatkiem błota oczywiście, dlatego też bardzo łatwo było o jakąkolwiek wywrotkę. Mi się tym razem udało pokonać cały bieg bez upadku. Za chwilę pod stopami poczuliśmy asfalt, a przed oczami ukazała nam się meta.

Najlepsza po biegu jest słodka herbata.

Drugi bieg za nami, 2/3 całości, jeszcze 33 km.

To jednak jeszcze nie koniec. Jutro czeka nas ostatni już start. Najdłuższy, z największymi przewyższeniami, najtrudniejszy, gdzie na starcie jesteśmy najbardziej zmęczeni.
Trzeci bieg - Beskid Sądecki, 33 km.
Ostatni bieg. Już za chwilę... Jak się obudziłam do biegu zostało jeszcze kilka godzin. Jak wychodziłam z domu do startu zostało kilkadziesiąt minut. Kuba zrobił kilka zdjęć, niektórzy się rozgrzewali, inni - czyli ja - stali i obserwowali otoczenie, zastanawiając się co tu robimy... Jak stanęłam na starcie do startu pozostało kilkanaście minut. Jak zaczęło się odliczanie - do startu zostało kilka sekund...


Chociaż do zdjęcia pożyczył mi kijki ;P

No to: Enjoy this race !
Do dzieła! Pierwszych kilka kroków... i ta myśl - nie odpadnij na samym początku, nie zatrzymaj się jako pierwsza. Niby jak? Przecież ciało było już zmęczone, chciało odpoczynku, na który nie można było sobie pozwolić, trzeba było biec. I tak krok za krokiem.. myślałam, że zacznę iść o wiele wcześniej. Ku mojemu zdziwieniu wytrzymałam aż do pierwszego - dość małego - podbiegu! Szybko jednak udało się go pokonać, jeszcze zakręt, kibice z Dobczyc i wbiegamy do lasu ! W końcu koniec asfaltu. Pierwszym punktem na trasie miała być Dzwonkówka. Góra niby nie wysoka, ale też nie niska ;P po prostu taka, że zmęczonej osobie potrafi nieźle dać w kość. Już tutaj zaczęłam narzekać Kubie, że mam coraz mniej sił, że przydałby się koniec biegu. Udało się jednak zdobyć szczyt! Hurrraaa! Teraz czas na zbieg i na kolejny punkt - tym razem punkt odżywczy - będzie jedzenie, bo kto nie lubi jedzenia? Ja lubię! I tak sobie zbiegaliśmy. Ja chciałam powoli, ostrożnie - bacząc na każdy krok. Kuba jednak miał inne plany na pokonanie tego odcinka trasy. Stwierdził, że mamy przebiec go szybko. Ale jak to? Ja? Błoto? Biec szybko? Na zbiegu? Czyli: ja mam biec szybko na zbiegu, gdzie jest pełno błota? No nie nie nie.. ale posłuchałam się. Rozpędziłam się i nim się obejrzałam - w sumie na zbiegu to oglądać się nie mogłam - wyprzedziłam sporo ludzi. Biegliśmy tak, że nie byliśmy w stanie się zatrzymać - tak aż do punktu odżywczego. Uff, cali i zdrowi wpadliśmy na jedzeeeenie! :D wiecie jak pyszne jest ptasie mleczko na punkcie odżywczym? Ja nie zdawałam sobie z tego sprawy. Rzuciłam się na nie, na orzeszki i wodę - w sumie to chciałam tam zostać i zjeść wszystko, ale Kuba coś mówił o jakimś biegu czy zawodach. Przez kolejnych kilkasetm metrów  szłam i ciągle powtarzałam, że "ptasie mleczko nigdy nie było tak dobre". Powaga - smakowało obłędnie!
Kolejnym punktem miała być Wielka Prehyba i  punkt odżywczy w tamtych okolicach. Początkowo szło się całkiem dobrze - znaczy na tyle dobrze, na ile można było iść w tamtych okolicznościach. Droga była super - bardzo szeroka, niby pod górkę, ale nie jakoś stromo, tylko trochę oblodzona trasa. Po około dwóch kilometrach zrobiło się o wiele gorzej. Zaczęła się wielka wspinaczka. Łydki zaczęły piec, uda bolały. Już się nie chciało iść.

Piękny podbieg!, jak się patrzy na niego z góry to nie jest taki straszny.

Dołączył do nas jakiś Biegacz, zaproponował mi glukozę, ale nie chcieliśmy z Kubą. I w tym momencie oświeciło mnie, że mam przecież żele przy sobie, można jeść, może nawet i siły skądś powrócą! Wyciągnęłam żel, powoli go zjadłam, ale nie zrobiło się lepiej. To chyba było już zbyt duże zmęczenie, jak na jeden mały żel :( jednak trzeba było się ruszyć.. raz dwa trzy - idziesz Ty, czy jakoś tak.. Poszliśmy więc, bo co będziemy stać, gdy robi się zimno. Kuba, mimo zmęczenia, dla odwrócenia mojej uwagi zaczął nakręcać filmiki z trasy i tak trochę ten czas minął. Z każdym krokiem robiło się jednak coraz chłodniej. Dziś nie było takiej pięknej pogody jak wczoraj. Zamiast pięknego bezchmurnego nieba mieliśmy przed sobą piękną mgłę znacznie ograniczającą widoczność. Nie mieliśmy pewności, czy biegniemy dobrą trasą.

Tak wygląda nasza normalność :D


Zwłaszcza na około 19-21 km, kiedy powinien być punkt odżywczy, zaczęliśmy mieć wątpliwości co do tego, czy nie zboczyliśmy z trasy. Nie wiem, czy w końcu wbiegliśmy na tę Wielką Prehybę, czy też nie. Ja od 15 km (poprzedniego punktu odżywczego) odmierzałam dystans do kolejnego punktu - dopóki punktu nie będzie, cały czas będziemy mieć pod górkę.. Bardzo mnie demotywowały zbiegi - niby już prawie byliśmy na wysokości Wielkiej Prehyby, a to trzeba już było zbiegać. Im większy zbieg, tym większa złość pojawiała się u mnie - skoro tyle zbiegłam, a Prehyby nie było, to jeszcze tyle będę musiała raz jeszcze podbiec. Ja przecież nie mam tyle siły !!!!! Na szczęście na podbiegach Kuba łapał mnie za rękę i pomagał mi wchodzić - sama to bym tam szła prawie na czworaka! A pod Dzwonkówkę bym już pełzała..

Na jednym ze zbiegów biegliśmy tak szybko, że nie zauważyłam w porę przewróconego na ścieżkę drzewa i mało brakowało a bym przez nie przeleciała. Robiąc wiele hałasu udało mi się jednak wyhamować - nie wiem czy krzyk był niezbędny, ale tak jakoś samo, automatycznie zaczęło mi się krzyczeć..

Niby zmęczeni, ale cały czas uśmiechnięci :)

Na końcu jednego ze zbiegów czekał na nas Kacper. Kuba spytał się go o punkt odżywczy - czy był a może dopiero będzie. Jak się okazało punkt miał być, ale wolontariuszom nie udało się dotrzeć na miejsce przez złe warunki na drodze... Na koniec krzyknął jeszcze za nami, że jak się wdrapiemy na Dzwonkówkę, to do samej mety mamy już tylko zbieg. Taa, super, pomyślałam, zbiegi.. kiedy ja już na zbiegach nie widziałam, co robię. Równie dobrze mogłam zamknąć oczy i biec - niczego by to nie zmieniło. A i dodajcie do tego bolące nogi !

No cóż, jak nie ma punktu odżywczego to trzeba zjeść to co mamy - a Kuba miał ser :D nie pytajcie po co i dlaczego, ale miał i dobrze że miał! Zjedliśmy trochę, zaczęliśmy biec i wyprzedziliśmy pewną Panią (zapamiętajcie ją, bo jeszcze będzie powracać w relacji ! ). Zbiegaliśmy sobie dość szybko, w sumie jak na mnie to bardzo szybko. Zawsze powtarzam, że lubię zbiegi, ale tego, co wyprawiałam tam przez Kubę, nie wiem, czy byłabym w stanie powtórzyć.
Udało nam się dotrwać do Wolontariusza wskazującego, że ostatni podbieg właśnie się zaczyna, że za pewien czas będzie Dzwonkówka ii upragniony zbieg, a na jego końcu meta. Na Dzwonkówkę nie miałam już sił iść. Uwiesiłam się na ręce Kuby, który pomagał mi się dostać na górę. Co kilka drzew, czy kilkanaście metrów prosiłam o przystanek. I tutaj dogoniła nas ta pewna Pani. Gnała tak że aż się dziwiłam, że na tym etapie trasy można mieć jeszcze tyle sił na podejściach. No ale cóż, pewnie więcej trenowała ode mnie.

Po dłuższym podejściu zrobiliśmy zdjęcie, a raczej Kuba zrobił, ja tylko myślałam - rób dłużej to zdjęcie to odpocznę ! Czemu ten aparat się Tobie nie zaciął? :P

Pozdrawiamy z Dzwonkówki !


Ostatni głębszy oddech i czas zacząć zbieg. Najłatwiejszy element tej trasy - czyżby? Dla mnie najłatwiejszym był przecież punkt odżywczy... Kuba powiedział, że musimy trochę szybko pozbiegać, bo zostało bardzo mało czasu.
Meto, czemu jesteś tak daleko?
Ciężko było zbiegać po trochę stromej, błotnistej trasie, kiedy miało się już w nogach ponad 50 km. Nie widziałam niestety lepszego rozwiązania - nie miałam ze sobą żadnych sanek czy czegoś podobnego, co ułatwiłoby mi pokonanie trasy :D
Z Kubą biegliśmy dość szybko. Ku mojemu zdziwieniu dotarliśmy do jakichś dwóch pań, które po chwili ładnie wyprzedziliśmy. A wiecie co było najlepsze? - te panie biegły maraton! Wyobrażacie sobie? - udało mi się wyprzedzić jakiegoś maratończyka! Achh, to życie jest piękne!!! Z uśmiechem na twarzy biegliśmy dalej, zatrzymując się co jakiś czas. Po dłuższym zbyt szybkim zbiegu miałam problemy z oceną odległości do jakichś kamieni, kałuż czy po prostu z oceną tempa, dlatego też, żeby nie było zbyt niebezpiecznie, co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na pół minuty lub przechodziliśmy do marszu.
Po kilkuset metrach zobaczyliśmy dwóch biegaczy! Tę pewną Panią oraz jakiegoś pana. Najpierw udało nam się dobiec do pana, a następnie objąć prowadzenie. Kolejnym celem była Ona - co prawda nie było to jakoś szczególnie niezbędne - bo i tak byłam szczęśliwa, że ciągle biegnę - ale nasze tempo było o wiele szybsze niż jej. I normalną koleją rzeczy było to, że ją wyprzedziliśmy! I tak przebiegając obok niej, spojrzała na nas i wydała z siebie odgłos! Jakieś "pffff", jakby wyprzedzanie na zbiegach nic nie znaczyło... pośmialiśmy się z Kubą z tej sytuacji :D
Na końcu trasy miałam olbrzymi kryzys! - z tego samego powodu co zwykle - nie wiedziałam ile do mety - niby zegarek pokazywał, że został nam jeszcze niecały kilometr biegu, ale z drugiej strony - mieliśmy metę w tym samym miejscu co start, a byłam na 100% przekonana, że tą drogą jeszcze nie biegliśmy, więc powinno nam zostać jeszcze 6 km. Mamoooo ratuj!!!!!!!!! ;(
Bez większego entuzjazmu ruszyliśmy dalej... Krok za krokiem, a w głowie bardzo skomplikowane obliczenia ile kilometrów zostało. Ku mojej radości zobaczyliśmy budynek "Disco" - nie pytajcie... po prostu wtedy już wiedzieliśmy, że meta jest tuż tuż.. Za chwilę dotarliśmy do skrzyżowania, do pani wolontariusz wskazującej, w którą stronę mamy skręcić. Za nią stało trochę kibiców krzyczących, że to już blisko, że damy radę - tak wtedy zachciało mi się płakać! :) Taaaak, widzieliśmy metę, czekał nas jeszcze tylko mały slalom.

Już prawie koniec. Jeszcze tylko trzeba złapać się za ręce, zrobić duuuuży krok.. i już. Tadaaaam - jestem Ultramaratończykiem!

Ultramaratończykiem, który przebiegł 60 km przy pomocy innego bardzo doświadczonego Ultramaratończyka - dziękuję! :) :)
Nowa ja! Ultramaratończyk x 2!



Medal - Co trzy biegi to nie jeden! <3


Uwielbiam !


Pewnie na koniec powiecie, że mogłam to zrobić lepiej, przebiec szybciej, mniej iść. Wierzcie mi - w tamtej chwili nie mogłam; gdybym mogła, to bym to na pewno zrobiła, po prostu biegłam na tyle, na ile byłam w stanie. Raz wolniej, raz szybciej, w pewnych momentach idąc, a czasem nawet stojąc. Ale zgodzić się muszę z tym, że mogę zrobić to lepiej w przyszłości, co też zrobić spróbuję - z jakim skutkiem? Zobaczymy za rok ! I wiecie co - na mecie ostatniego etapu okazało się, że nie stałam się kimś innym. Bo to nie zawody nas zmieniają, zmieniają nas co najwyżej przygotowania do nich. A teraz zostawiam Was z Boney M.: Boney M. - One Way Ticket

Komentarze

  1. Bieganie to najlepszy sposób dbania o zdrowie :) Maratony czy zawody biegowe są dużym wyczynem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten blog jest dla mnie ogromną inspiracją. Uwielbiam przeglądać blogi tego typu. Jestem pod wrażeniem. Będę tutaj na pewno częściej zaglądać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, ja mam takie same odczucia.

      Usuń
  3. Bardzo ciekawy wpis. Dużo nowych rzeczy się dowiedziałam. Jest to świetna inspiracja dla mnie. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Brawo za wytrwałość :) Żyjecie na 100 % i dzielicie się tym :) Wasz blog jest świetny. Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratulacje za wytrwałość :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Potrójne gratulacje w rytmie One Way Ticket! Swoją drogą bardzo podoba mi się wzór tych medali. Są całkiem inne, niż takie tradycyjne medale

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetna relacja :) Ogromny podziw za wytrwałość. Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
  8. Takich blogów jest wiele, ale ten jest wyjątkowy i oryginalny. Potwierdzeniem tego jest aktywność czytelników. Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Naprawdę świetny jest ten blog. Nie moge się doczekać kolejnych wpisów.

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo ciekawy blog. Jestem pod wrażeniem. Na pewno będę częściej tutaj zaglądać. Lubię blogi o takiej tematyce.

    OdpowiedzUsuń
  11. Uwielbiam biegać, ale o tym biegu jeszcze nie słyszałam. Dzięki za podpowiedź i świetny wpis! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Wspaniałe doświadczenie i przeżycie :) Same zdjęcia nie oddają klimatu ale można go sobie wyobrazić.

    OdpowiedzUsuń
  13. Lubię blogi o takiej tematyce. Bardzo podobają mi się tematy które są tutaj poruszane. Jestem pod wrażeniem. Super.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Oh, I'm happy here !

Witajcie Moi Drodzy!



Od dawna mnie tu nie było - już mówię co jest! Na zawody się nie zapisuję - najbliższe pewne starty to Bieg Trzech Kopców, później Poznań Maraton (Korona Maratonów Polski się sama nie dokończy..) :D wcześniej nic nie mam biegowego w kalendarzu - zastanawiam się jeszcze i może dorzucę jakieś dwa biegi górskie i tyle mojego zawodowego biegania.


Tak, dobrze widzicie, uciekłam od zawodów. Medale medalami, atmosfera atmosferą, pakiety startowe pakietami startowymi - ale jeśli mam wybrać: opłacić zawody czy kupić książkę, to (ciekawe czy wiecie..) wolę kupić książkę a na trening pójść do Lasu, o tak, dla siebie i ze sobą. Bez zastanowienia! :)


Jednakże to, że zrezygnowałam w sporej mierze ze startów w zawodach, wcale nie oznacza, że porzuciłam sportową część życia. Co to, to nie. Nie umiałabym tak, a jak doprowadzam do sytuacji, gdy trening był wieki temu (tj. max 3 dni wcześniej) to przestaję być sobą. Nie martwcie się więc, bo trenuję - i powiem nawet więcej - sporo …

Will I see you again? - SZCZAWNICA 21.05.2017 R.

Tyle rzeczy mam Wam do opowiedzenia, a taka pustka mnie ogarnia, gdy siadam przed komputerem i chcę napisać kilka słów -  tak,  wiemy już, że na kilku się nie kończy, przynajmniej w moim przypadku, gdy opisuję relację z biegu.
Nie przedłużając - dzisiaj przybywam do Was z niedzielnym biegiem. Znaczy nie! Pozwólcie, że powiem wprost - z półmaratonem górskim ! :) Moja Droga Szczawnico, o Tobie mowa :D słuchajcie co się tam działo :)
Do Szczawnicy początkowo miałam jechać z kolegą; plany się zmieniły, a raczej kolega przypomniał sobie, że po zawodach ma koncert i musi bardzo szybko wracać. Niepewna swojej kondycji, zwłaszcza po sprawdzeniu wyników z poprzedniej edycji biegu, stwierdziłam że lepiej będzie jak pojedziemy osobno - żadne z nas nie będzie się stresowało tym, że nie zdążę pojawić się o czasie na mecie.
I tak właśnie decyzja podjęła się za mnie - wybrany został transport oferowany przez organizatora. O 7 mieliśmy wyruszyć, wstać więc musiałam przed 5 - niby bardzo wcześnie, a …